Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Marcin Troński: W skórze kata i ofiary

Opublikowany 2017/01/14

Zagrał w około stu filmach i serialach, obsadzany głównie w czarnych charakterach: morderca- w „Przerwanym urlopie”, Tonny Accardo w „Selekcji”, członek ochrony w „Dziecinnych pytaniach” czy doktor Mengele w „A skrzypce przestały grać”- Rola kata Josefa menele stała się dla aktora większym przeżyciem, niż początkowo przypuszczał. Pamiętamy go również z licznych seriali moin:  w „M jak miłość”, „Klan”,  „Na Wspólnej „

 z MARCINEM TROŃSKIM

ROZMAWIA- TERESA GAŁCZYŃSKA

 

Wierzysz w opatrzność, przeznaczenie, zjawiska paranormalne?

 

Wierzę w dziwne czasami zbiegi okoliczności, ale tzw. opatrzność  na pewno nade mną nie czuwa.

 

Skąd takie, jednoznaczne przekonanie?

 

 Gdyby czuwała, już dawno zabrałaby mnie z tego zawodu, który jest tak niewdzięczny, męczący i stresujący.

 

I mówi- to aktor, który zagrał w ponad stu filmach i serialach…? Podobno każdy jest kowalem swojego szczęścia….?

 

Bzdura! Nikt nie jest kowalem swojego szczęścia. Szczęście- to znalezienie się o odpowiednim czasie i porze, z właściwymi ludźmi,  nad określoną sprawą… Wtedy istnieje szansa na sukces!

 

Spotkałam wczoraj aktora, który zmienił zawód. Dzisiaj jest  biznesmanem i jednym z bogatszych ludzi w Polsce. Sam dokonał wyboru….

Zgoda, ale musiał mieć tzw. żyłkę biznesmana. Ilekroć  w coś inwestowałem- dostawałem w plecy i to podwójnie. Do robienia biznesu, po prostu się nie nadaję.  Nie nadaję się też na celebrytę, bo  jak dobrze wiesz, przez  całe swoje życie unikałem blichtru sławy i starałem się chronić swoją prywatność. Nie lubię ścisku, tłoku i błysków fleszy. Na szczęście nikt mnie nie nazywa celebrytą, więc  żyję sobie spokojnie.

 

Często grywałeś bohaterów przesiąkniętych do szpiku kości złem. Skąd u ciebie ta fascynacja mroczną stroną ludzkiej duszy?

 

Wcielałem się w różne postaci i byli wśród nich bohaterowie pełni ciepła, bezradni i zagubieni życiowo. Oczywiście zdaję sobie sprawę ze swoich uwarunkowań fizycznych: mam 191 cm wzrostu, 95 kg wagi, zrośnięte brwi i jestem prawie łysy, więc na pierwszy rzut oka mogę kojarzyć się z człowiekiem brutalnym, dlatego często w takich rolach mnie obsadzano.

 

Podobno jedna z takich ról -  doktor Mengele- wstrząsnęła twoim życiem?

 

To prawda. Był rok 1987.  Miałem 33 lata, gdy zaproponowano mi udział w zdjęciach próbnych, w których do roli doktora Josefa Mengele tzw. anioła śmierci startowało kilkudziesięciu aktorów różnej narodowości. Film „I skrzypce przestały grać” miał reżyserować  Aleksander Ramati, który przywiązywał wielka wagę do detali. Po próbie charakteryzacji, która trwała trzy godziny czyli: doklejeniu mi tupetu, zrobieniu lakierem szczerby między zębami i wyprostowaniu nosa dzięki specjalnej nakładce- okazało się, że jestem niewiarygodnie podobny do tego potwora i sadysty. Dodatkowym atutem był wiek, miałem wtedy dokładnie tyle lat, co faszystowski oprawca, więc gdy reżyser mnie zobaczył niemal natychmiast zaakceptował moją kandydaturę.

 

Skąd czerpałeś informacje na temat psychiki tego mordercy?

 

Z Komisji Badań Zbrodni Hitlerowskich, gdzie poznałem wiele interesujących faktów z jego życia. Mengele był prawdziwym potworem, który przeprowadzał eksperymenty na dzieciach: zszywał ich skórę plecami do siebie albo wyłupywał oczy chcąc uzyskać odpowiedni kolor. Za każdym razem, gdy wysyłał kogoś do komory gazowej gwizdał po nosem  jakaś arię, bo uwielbiał operę. Rozdawał dzieciom cukierki, gdy w tym czasie ich matki poddawane były zagazowaniu. A pop racy żył, jak każdy przeciętny człowiek. Miał rodzinę, troje dzieci i psa.

 

To miejsce ludobójstwa w Oświęcimiu tak Tobą wstrząsnęło. Byłeś tam wcześniej?

 

Przed otrzymaniem tej roli nigdy. Ale to nie to miejsce, było najsilniejszym moim przeżyciem… Pierwszego dnia zdjęciowego mieliśmy kręcić sceny koło bramy głównej, opodal ceglanych bloków i ścian śmierci. Uszyto mi mundur hitlerowski, który leżał, jak ulał i mimo, że kojarzył się z najgorszym dobrze się w nim czułem. Miałem trochę czasu do rozpoczęcia zdjęć, więc postanowiłem zwiedzić to specyficzne muzeum ludzkiej tragedii. Przeszedłem aleją topolową przez bramę z napisem „Arbeit macht Frei”, do pierwszej komory gazowej. W pewnym momencie stwierdziłem, ze muszę skorzystać z toalety. Poszedłem za strzałką kierunkowskazu.  Schodząc po schodkach na dół ujrzałem” babcię klozetową”, która chłodnym wzrokiem odprowadziła mnie do kabiny.  Wychodząc sięgnąłem do kieszeni, aby zapłacić, gdy usłyszałem stanowczy, lodowaty głos-„ Od hitlerowców nie biorę!”  Nie wiem, co sobie pomyślała, ale w tym dniu nie było żadnych wycieczek. Natomiast ja w jednej sekundzie uświadomiłem sobie, ze jestem w mundurze i gdy chciałem jej wytłumaczyć zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Trudno mi dzisiaj powiedzieć, co i jak się wtedy czułem. Żadna z kręconych scen nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak reakcja na mój strój pani pilnującej toalet- jak się potem dowiedziałem byłej więźniarki obozu. Tego roku niczego już więcej nie zwiedzałem. Los sprawił jednak, ze rok później znalazłem się ponownie w tym miejscu, w innej roli więźnia w filmie „Kornblumenblau” i wtedy mogłem już obejrzeć cały Oświęcim.

 

Czyli zrządzenie losu….

 

To określenie pasowałoby do innej  historii. Zdałem właśnie do liceum i pojechałem z tatą Bronisławem Trońskim  na tzw. wczasy od gruszą do Juraty. Mieszkaliśmy u pewnego Państwa komandorostwa. Rodzina składała się z byłego Komandora marynarki wojennej i, jak się wówczas tytułowało członków rodziny: pani komandorowej i  ich córki- komandorówny. Zamieszkaliśmy z ojcem w jednym pokoju z ogromnym łożem, co mi nie przeszkadzało, bo wieczorami wymykałem się do ślicznej Hani. Nic dziwnego, że po dwóch tygodniach pobytu między mną, a komandorówną nawiązał się rodzaj romansu. Po skończonych wakacjach, rok młodsza  Hanna  zdała do liceum plastycznego w Orłowie, a że mieszkaliśmy wtedy w Sopocie, w ciągu 2 lat widywaliśmy się regularnie. Po jakimś czasie romans umarł śmiercią naturalną, ale choć  w międzyczasie stałem się już dorosłym człowiekiem i od pięciu lat  żonatym  często wspominałem swoją młodzieńczą miłość. Pewnego dnia  z żoną Anną i przyjaciółmi  wyjechaliśmy na spływ kajakowy przepiękną rzeką Drwęcą. Po drodze zacumowaliśmy w Brodnicy w której, jak mi się przypomniało urodziła się Hania, więc namówiłem swoją paczkę, aby zwiedzić to miasto i opowiadając im po drodze historię swojej  pierwszej miłości. Przechadzaliśmy się właśnie jedną z głównych ulic, mijając zakład fotograficzny, gdy nagle z przeciwległej strony zajechała czarna Wołga. Stanęła przy krawężniku i usłyszałem wołanie po imieniu: Marcin. Przede mną stała Hania z dzieckiem na rękach. Jak się okazało prosto ze chrztu , z mężem przyjechali  do fotografa. Przypadek , że po tylu latach znaleźliśmy się w tym samym miejscu? A może przeznaczenie?

   

Wspomniałeś o swoim sw.p. ojcu Bronisławie Trońkim- wybitnym publicyście, korespondencie zagranicznym i dziennikarzu, który  kilka lat temu odszedł. Ale tak naprawdę wychowywał cię ojczym – wspaniały aktor Andrzej Szalawski. Czy z nim wiąże się jakaś  metafizyczna historia? Dorastałeś w rodzinie o tradycjach artystycznych-:  również mama sw.p- Izabela Wilczyńska- aktorka, macocha- Janina Zającówna- znana pisarka.

 

To prawda moja mama Izabela Wilczyńska powtórnie wyszła za mąż właśnie za Andrzeja i w 1966 r. wraz ze mną postanowili przeprowadzić się do Sopotu.  Miałem wtedy 12 lat, gdy postanowiliśmy pojechać na wakacje do Bułgarii. Urlop zbliżał się już ku końcowi, gdy Andrzej z mamą uświadomili sobie, że przecież nie byliśmy jeszcze na Złotych Piaskach. Po dłuższym spacerze postanowiliśmy wreszcie trochę odpocząć na plaży.  Do dziś nie potrafię tego realnie wytłumaczyć: - dlaczego tego dnia i o tej godzinie, w tłumie wczasowiczów znaleźliśmy się w odległości 4 metrów od rozłożonego parasola, pod którym na dwóch polowych łóżkach, pokrytych materacami leżeli mężczyzna i kobieta rozmawiający po niemiecku. Starszy pan, nacierał kremem Nivea starszą panią. Oboje byli w ładnych kostiumach kąpielowych, pani czytała jakąś frankfurcką gazetę, więc mama zażartowała , ze to pewnie ci Niemcy gorsi, bogaci z RFN-u. A ponieważ Andrzej bardzo lubił bratać się z ludźmi, doskonale mówił po niemiecku postanowił do nich podejść. Jakiś czas rozmawiali, a gdy wrócił był strasznie podniecony: „Wyobraźcie sobie- mówi- że ci Niemcy przed wojną mieszkali w Sopocie przy Monte Casino, w 200 m mieszkaniu, nad  apteką Pod Orłem, której  byli właścicielami. ”. Co się okazało?  Rok wcześniej moi rodzice w ramach zamiany mieszkań oglądali właśnie- ten apartament.  

 

No i jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

 

Jak to zwał, tak zwał. Faktem jest, że to niesamowita historia.

 

Dziękuje jak zawsze za milą rozmowę.

 

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?