Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Krzysztof Kowalewski cz. 10

Opublikowany 2015/08/24

Bywaliśmy w klubie aktora codziennie. Ba, nawet po dwa razy dziennie, bo i obiad tam się zjadło. To było miejsce elitarne, a my aktorzy mieliśmy poczucie wspólnoty. Obecnie właściwie istnieje tylko jeden środowiskowy klub, restauracja lekarzy i tam w dalszym ciągu jest dobra kuchnia, dobre wypieki mają. A z kolei młodzi aktorzy mają teraz pełno klubów, pubów, barów dookoła, spotykają się, gdzie chcą.

KRZYSZTOF KOWALEWSKI

 

 

WSPOMNIENIA MOJEJ MŁODOŚCI cz.X

 

Wracamy do rozmowy….

T.G. – Słowem w filmie Pan sobie nie podjadł?

K.K. – Podjadłem, ale to nie była fabuła. Z Januszem Zaorskim zrobiliśmy taki cykl o restauracjach, o jedzeniu. Jeździliśmy po wybranych restauracjach w Polsce i tam nam podawano różne, naprawdę pyszne potrawy. Tylko, że czasami to też bywało meczące, bo niekiedy trzeba było powtarzać ujęcia i zjeść na przykład trzy talerze zupy pod rząd, A to niechętnie…..

T.G. – Przed spektaklem ma Pan zwyczaj przekąszania, zjadania regularnego posiłku?

K.K. – Nie, raczej nie. W moim bufecie teatralnym są tylko kanapki, kawa, herbata. Na inne rzeczy nie ma warunków. Kiedyś, w czasach pani Władzi to była prawdziwa kuchnia! Pani Władzia piekła karkówkę, gotowała kapustę, ale te wszystkie zapachy szły na widownie i to niestety zlikwidowano. Teraz nie ma kuchni, jest tylko czajnik.

T.G. – A restauracja w SPATiF-ie czyli Klubie Aktora ? Bywa tam Pan? Podają świetne oscypki z żurawiną….

K.K. – To jest osobne zagadnienie. Kiedyś za czasów szatniarzy Frania i Adasia i szefa Hemingwaya, jak go nazywano, czyli za czasów komunizmu SPATIF żył swoim barwnym, własnym życiem i wszyscy tam chodzili, bo nie mieliśmy innego wyboru. No może jeszcze Ściek i Kameralna,, ale to sporadycznie.  Żyliśmy, jakby w izolacji. Nikt, nigdzie nie wyjeżdżał, więc to był dla nas ratunek. Byliśmy w klubie aktora codziennie. Ba, nawet po dwa razy dziennie, bo i obiad tam się zjadło. To było miejsce elitarne, a my aktorzy mieliśmy poczucie wspólnoty. Obecnie właściwie istnieje tylko jeden środowiskowy klub, restauracja lekarzy i tam w dalszym ciągu jest dobra kuchnia, dobre wypieki mają. A z kolei młodzi aktorzy mają teraz pełno klubów, pubów, barów dookoła, spotykają się, gdzie chcą. To jest zupełnie inna sytuacja.

Jeszcze długą chwilę rozmawiamy o dawnym klubie Aktora, miejscu magicznym, już nieistniejącym. W oparach tytoniowego dymu, gorzały, gotowanych w małej kuchni potraw, wśród śpiewających, rozkrzyczanych, podpitych gości, tworzyły się plotki, anegdoty, powiedzonka, które później ruszały w świat. SPATIF otwierano w samo południe i w stanie wojennym dla spragnionych i skacowanych bywalców było to ocalenie.

 Przemiłe i znające życie kelnerki podawały w filiżankach do kawy wódkę, nie czekając na obowiązującą wtedy prohibicyjną 13.00! Właściwie byli tu wszyscy. Aktorzy, pisarze, poeci, reżyserzy, operatorzy. Sporo tajnych agentów UB, pijących z artystami wódkę, ale jak wyglądały ich późniejsze raporty z tych spotkań pisane w alkoholowej malignie, trudno powiedzieć. Inna rzecz, że wszyscy wiedzieli, kto jest kim i nie robiono z tego problemu. Szatniarze wiedzieli, komu i kiedy pożyczyć na krechę, znano na pamięć przyzwyczajenia gości, ich smaki i zachcianki. Świetny był śledź, golonka, tatar, doskonała i tania ratka, bardzo dobrze zrobione raki, chętnie zamawiana sztuka mięsa. Bronisław Pawlik wpadał na swoją zwyczajową setkę, niezmiennie wypijał przy barze i znikał. Na końcu baru siedział i zgrzytał zębami Stanisław Skalski, nasz bohaterski pilot bitwy o Anglię. Nieopodal na serwetkach pisał liryki Jonasz Kofta, trochę dalej usadawiały się tak zwane grupy gastronomiczne, złożone z najbardziej wygłodniałych i spragnionych klientów. Wpadał zawsze na krótko Piotr Fronczewski, za to brylował na stałe Marian Łącz, pojawiał się Zbigniew Wodecki, Bogusz Bilewski, Roman Wilhelmi…

Wielu miało swoje ulubione stoliki i wianuszek przyjaciół do wypitki. Tu rodziły się podsycane procentami miłości, tworzyły się związki małżeńskie, były odejścia, powroty, zdrady, kłótnie. Rozprawiano o polityce i sztuce, grano w kości, śpiewano zakazane piosenki, robiono sobie dowcipy. Zbratani, pijani i półpijani, wniebowzięci i odrzuceni, wielcy artyści i statyści, mistrzowie kina i adepci. W przedziwny sposób w tym tyglu różnorakich typów i postaw, bezbłędnie dobierano sobie odpowiednie towarzystwo i trwano w tym półśnie życia innego, niż szarość za oknem, życia wybranego tylko dla nich, krwistego lenistwa, a często szampańskiej zabawy. Szef zamykał zawsze grubo po północy, tradycyjnie przedłużając nocne życie knajpy, mało kto wtedy trafiał do własnego domu, wychodziło się z tymi, z którymi się biesiadowało, polewaczkami jechało się w nieznane i nowe miejsca kontynuować noc. Noc dla nich nie zapadała, to był dopiero przedświt i początek istnienia… Tak było!

T.G. – A- co Pan zwykle jada, gdy jest Pan sam w domu?

K.K. – Kawałek chleba. Różnie, pierogi kupie w dobrym miejscu, albo pójdę do restauracji. Od cholery jest tych restauracji.

T.G. – I nie krępuje Pana, że wszyscy na Pana patrzą?

K.K. – Nie. Nie zwracam na to uwagi. Dopóki mnie nie zaczepiają. A, jak zaczepiają…to też można przeżyć.

T.G. – Często proszą o autografy?

K.K. – Często ze zdjęciem. I listy przychodzą do teatru. Zwykle przedstawiają się w listach, piszą o sobie. Że bardzo im się podobam piszą, wymieniają jakieś tytuły. Przeważnie telewizyjne i filmowe, chociaż zdarzają się i teatralne. Proszą o autograf, ale większość nadawców jest w tym względzie bardzo wyedukowana. Już nie proszą o zdjęcie, bo wiedzą, że nie mam hurtowni zdjęć, ale ściągają fotkę z Internetu i taką przysyłają, żeby tylko podpisać. I jeszcze nawet zaadresowaną kopertę ze znaczkiem dołączają. Pełna kultura.

T.G. – A fanki do Pana przychodzą do teatru?

K.K. – A nie, to nie do mnie. To do Borysa Szyca.

T.G. – Do Pana nie przychodzą z kwiatami?

K.K. – Z kwiatami to przyjaciele, znajomi przychodzą. Fanki nie. To zupełnie zrozumiałe. Inne pokolenie jest teraz w modzie.

T.G. – Miał Pan dwie żony aktorki…

K.K. – Jedną. Ewa Wiśniewska- to konkubina. Żonę- aktorkę mam jedną. Pierwszą żonę białą Kubankę- tancerkę miałem bardzo dawno i mam z nią syna, który przebywa w Los Angeles. Dwa razy już u niego byłem. Mam z nim dobry kontakt, ale, co najciekawsze moja żona i córka jeszcze chyba mają lepszy.

T.G. – Chwali Pan sobie małżeństwo z aktorką?

K.K. – Zawód- n ma to dla mnie żadnego znaczenia. W ogóle.

T.G. – Porozmawiajmy jeszcze o kulturze…

K.K. – A właśnie. Na paśmie Kultura w telewizji oglądałem niedawno Tango w reżyserii Jerzego Jarockiego. O nieboszczykach nie należy źle mówić, ale…ciekawe, czy Pan Bóg mu to odpuścił, czy nie. Bo Mrożek na pewno nie. W niebie się spotkali i tam mu Mrożek pewnie po ryju dał za to przedstawienie. Straszne.

T.G. – Pana żona Agnieszka też pracuje w teatrze Współczesnym. Mówi się, że na małżeństwa, które pracują w tym samym zakładzie pracy taki układ nie wpływa korzystnie…..

K.K. – W naszym związku nie ma to znaczenia.

T.G. – A mała Gabrysia ma ciągoty aktorskie?

K.K. – Nie. Nawet czasami mówi, że jej to kompletne nie interesuje.

T.G. – Niektórzy rodzice- aktorzy próbują swój dzieci na siłę umieścić w filmie, reklamie, serialu …

K.K. – Przecież to przekleństwo dla tych dzieci! To kompletny idiotyzm. marnować dzieciństwo swojego dziecka. Są takie, niekoniecznie aktorki, obłąkane matki, które pchają swoje dzieci na te castingi, to przecież zbrodniarki! Idiotki, to przekracza wszelkie wyobrażenie o durnocie.

T.G. – Tak pięknie wyraża się Pan o żonie… Jest Pan gentelmanem czy naprawdę Pan tak uważa?

K.K. – Nie przesadzam, Agnieszka- to fenomenalna osoba. Ja ją tak oceniam i nie są to słowa na wyrost. Nie przypuszczałem, że jest tak fenomenalna, pod wieloma względami. Trafiło mi się tak, jak ślepej kurze ziarno.

T.G. – Czyli jest Pan szczęśliwym człowiekiem?

K.K. – Nie, no szczęśliwym tylko się bywa i…całe szczęście. Czy można sobie wyobrazić orgazm bez przerwy? Niemożliwe.

T.G. – A córka?

K.K. – Świetna osoba. Naprawdę bardzo silnie z matką związana. Bardzo silnie. Nie ma we mnie cienia zazdrości, ja to rozumiem.

T.G. – Tatusiowie zwykle bardzo kochają córeczki.

K.K. – I ja na swój sposób, jak najbardziej. To nie ulega wątpliwości.

T.G. – Ma Pan marzenie, którego nie spełnił Pan do tej pory?

K.K. – Chyba nie. A w swoim życiu nie miałem czasu oddawać się takim myślom. Musiałem zawsze, coś konkretnego zrobić, wykonać. A, gdy zdarzała się przerwa,  lubiłem i  nadal lubię zapadać się w sobie….

T.G. - Wypoczywać całym sobą.

K.K. – Dokładnie.

T.G. – Rozmawialiśmy o smakach Pana młodości, o filmie. Jaki jest smak życia człowieka już dojrzałego?

K.K. – Różny. Zależny od tego, jak się czuje. Czy ten starszy człowiek choruje, czy nie choruje, jak choruje, lekko, czy ciężko? Mnie się zdarzyło już ciężko zachorować i wyjść z tego, a to już jest powód do zadowolenia. W czepku urodzony jestem. W czasie okupacji już pojawiła się pierwsza choroba, a nie było przecież antybiotyków, streptomycyny, a ja już miałem na dzień dobry gruczoł gruźliczy. To jest coś tak strasznego, że jak się go przetnie - nigdy się nie zagoi. Mnie uratowała własna histeria.

T.G. – Histeria? Dlaczego?

K.K. – No, kiedy chirurg, który się do operacji zabierał, zbliżył się do mnie…takiego wrzasku narobiłem, że lekarz orzekł, że w tym stanie nie może mnie operować. Matka poszła potem ze mną do specjalisty, którego jej polecono. To był chyba profesor Michałowski.  A ten powiedział, że miałem wielkie szczęście, bo jakby gruczoł przeciąć, to koniec, bo robi się przetoka no i może być  to najgorsze… do widzenia…. W tamtych czasach, gdy nie było antybiotyków wyleczył mnie maścią własnego wyrobu. Smarowanie sprawiło, że to się samo otworzyło, wylało i zagoiło. A wiadomo, że rany gruźlicze nigdy się nie goją.

T.G.– A na Panu się goi jak na psie…

K.K. – Chyba tak.

T.G. – Czego tak naprawdę Pan się boi?

Chwila zastanowienia. To pytanie przerywa szybki rytm rozmowy, sięga głębiej, przekracza granicę wygodnego opowiadania. Krzysztof Kowalewski proponuje, abyśmy przeszli do ogrodu, na taras. Siadamy w milczeniu. Dłuższy czas patrzy na mnie, potem przed siebie. Nie odpowiada byle jak, powoli waży każde słowo. Wreszcie…

K.K. – Tego, czego wszyscy się boją…. Przecież koniec człowieka czyli śmierć- to głównie niepewność. Czy coś się za tym kryje, czy nic? Nie mamy na ten temat wiedzy absolutnej….

Cdn...

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?