Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Krzysztof Kowalewski cz. 11

Opublikowany 2015/08/31

Kocham dwie różne strony świata. Mazury - za urok, które mają, szczególnie- to miejsce nasze, gdzie mamy dom. Jest naprawdę bardzo piękne. Obiektywnie mówię, bo to nie tylko moja opinia, ale wszystkich, którzy je znają. Drugie to- Toskania.  Klimat, jedzenie, wino….. Tam jest wspaniałe.

KRZYSZTOF KOWALEWSKI

 

 

WSPOMNIENIA MOJEJ MŁODOŚCI cz.XI

Robi się cichutko, wiatr słychać. Ja czuję bicie własnego serca w tej ciszy i to normalne, że trochę boli, gdy dotyka się spraw ostatecznych. Chcąc nie chcąc zadaję sobie w duchu takie same pytania, co aktor. Ale przecież nie mogę wciąż pytać o żarcie, nie samym chlebem człowiek żyje, a szczególnie wrażliwy artysta. Niemniej tajemnic życia po życiu nie rozwiążemy żyjąc. Tu, na ziemi wypada mieć spokojną i pogodną twarz, choć w głębi dręczy. A wrażliwość też można ukryć pod maską rubaszności, dowcipu. Milczeniem zasłonić się przed zbyt ostrymi pytaniami, umknąć w swoją ciszę i nie odpowiadać. Krzysztof Kowalewski przymyka oczy, otwiera, ale odpowiada…

T.G. – Jest Pan wierzący?

K.K. – Nie można powiedzieć, abym był niewierzący, ale absolutnie nie toleruje sposobu, w jaki mnie namawia do wiary kościół katolicki i polski episkopat. Mam wybranych przez siebie księży i biskupów, których bardzo szanuje. Niestety, przeważnie to ci, których episkopat dręczy. Ale to, co ci twardogłowi robią, absolutnie odrzuca mnie od kościoła. Odrzuca. Jeżeli ktoś ma zdrowy rozum, to widzi, że oni niszczą kościół…

T.G. – Poza tym, co czeka nas wszystkich czyli odejściem do wieczności, boi się Pan jeszcze czegoś?

K.K. – Boję się, boję, Przeżyłem wojnę, a wciąż widzę, jak na świecie ludzie mordują się, są wojny, zabici. I ciągle zadaję sobie pytanie:- co by było, gdyby zdarzyła się taka powtórka z rozrywki, u nas. Tego bym na pewno już nie chciał.

T.G. – Ale starości się Pan nie obawia?

K.K. – Dlaczego mam się obawiać. Przecież  już jestem stary.

T.G. – Powiedzmy, że jest Pan w sile wieku.

K.K. – Tak… To jest siła złego na jednego.

T.G. – Ludzie wrzucają w kościele karteczki z życzeniami, które mogą się spełnić. Czy ma Pan takie życzenie lub  żałuje Pan jakiejś roli, której nie udało się Panu zagrać?

K.K. – Nie. Bo to jest daremny żal.

T.G. – Czy jest taki film z Pana udziałem, który uważa Pan za niedoceniony? A może za bardzo przechwalony?

K.K. – Może jestem nieskromny, ale nad tym drugim pytaniem nigdy nie zastanawiałem się. A niedoceniony?  Z polskich reżyserów niezwykle sobie cenię- Andrzeja Barańskiego i  uważam, że jeśli jest coś niedocenionego, to właśnie on i jego filmy.

T.G. – Tremy już Pan nie ma?

K.K. – Zawsze mam. To jest jeden z napędów.

T.G. – Często w wywiadach wspomina Pan Toskanię i nasze, polskie Mazury. Z co Pan kocha te miejsca?

K.K. – O! To dwie różne strony świata. Mazury- za urok, które mają, szczególnie- to miejsce nasze, gdzie mamy dom. Jest naprawdę bardzo piękne. Obiektywnie mówię, bo to nie tylko moja opinia, ale wszystkich, którzy je znają. A Toskania? Klimat, jedzenie, wino. Tam jest wspaniałe.

T.G. – Sporo z żoną podróżujecie. Zdarzyły się Wam jakieś przygody?

K.K. – Pamiętam, gdy 10 lat temu pojechaliśmy z żoną do Afryki na Wybrzeże Kości Słoniowej i jak wylądowaliśmy w Abidżanie miał czekać na nas tam transport. Odległość do klubu Medu -naszego docelowego punktu- wynosiła około 80 kilometrów. Rozglądamy się. Widzę jakiś opuszczony transparent. Do góry nogami. Przeczytałem, klub Med. Acha myślę, to ten. Kierowca prowadzi nas do strasznie poobijanego samochodu, prawdziwego rzęcha. Ale nie mamy wyjścia. Wsiadamy. Jedziemy. Szofer po francusko-angielsku pyta, czy może włączyć magnetofon. Oczywiście odpowiadamy. Pierwszy utwór, który puścił  i, którego zresztą nie znoszę to- Guantanamera, Nie lubię go, nudna, zawsze mnie zresztą nudził. Na szczęście kończy się i zaczyna nowy. I- co słyszę znowu Guantanamera, tylko w innym wykonaniu. Jak już po raz piąty usłyszałem Guntanamera, łącznie z wykonaniem orkiestrowym, to myślałem, że zwariuje! Jakby Pan Bóg powiedział – A teraz cię sprawdzę. Nie do wytrzymania! Ile jeszcze tego zniosę- pomyślałem? Wreszcie nerwy mi puściły i poprosiłem  Agnieszkę, żeby pogadała z kierowcą po angielsku, bo lepiej ode mnie zna ten język, żeby chociaż ściszył magnetofon, skoro na całej kasecie jest tylko Guantanamera! Szofer zrozumiał odwrotnie i dawaj jeszcze głośniej.

To była najgorsza podróż mojego życia.

W dodatku czarno po drodze, z jednej strony dżungla, z drugiej strony dżungla. Co jakiś czas przy drodze długie stoły drewniane, porozkładane pamiątki, na stołach światełka, ludzie na biało poubierani. Wreszcie mijamy jakiś posterunek między ułożonymi oponami i zatrzymują nas jacyś ponurzy faceci z patrolu, z bronią automatyczną. Rany boskie- myślę!  Od tamtego czasu ze dwie wojny domowe już tam były, a tego klubu, gdzie wypoczywaliśmy już dawno nie ma, roznieśli go w proch.

T.G.- Macie Państwo zwyczaj przywozić pamiątki z podróży?

K.K. – Wtedy, tubylcom nie wolno było na terenie klubu handlować, ale handlarze rozkładali swoje towary na plaży, w miejscu, gdzie kończył się ośrodek. Ustawiali swoje rzeźbione słonie, hipopotamy, żyrafy na takich dywanikach. Przywieźliśmy stamtąd taki batik, ich narodowy wyrób, rodzaj materii specjalnie tkanej i farbowanej, przedstawiającej rozmaite sceny, figury, zwierzęta. Były tam różne, tandetne, robione pod turystów pamiątki, ale ten batik jest dla mnie czarodziejski, zupełnie inny. Ma w sobie tajemniczą moc, ponieważ jest abstrakcyjny. Widnieją na nim różne, dziwne obrazki, które na mnie działa. Oprawiłem i powiesiłem tę tkaninę w salonie, ale musiałem zdjąć, bo źle działała na Agnieszkę. Drażnił ją jej widok. Nie lubiła tego obrazu. Może na nią czarował odwrotnie, źle.

T.G. – A w sny Pan wierzy?

K.K. – Nie za bardzo. Chociaż przekonałem się, że  jak śnią mi się zęby, powinienem zastanowić się nad zdrowiem.

T.G. – A jakiś dziwny sen zapamiętał Pan?

K.K. – Jeden…. Na polu ogrodzonym czerwonymi chorągiewkami najeżdża na mnie konno jeździec bez twarzy. Dziwne.

T.G. – A ma Pan swoje amulety, maskotki.

K.K. – Nie przywiązuje do tego wagi.

T.G. – Wierzy Pan w magię, albo lepiej, w teatralne przesądy? No, tekst nadepnąć, gdy upadnie, nie gwizdać…

K.K. – Zwyczajowo temu się ulega- to prawda.

T.G. – A w czarne koty, które przebiegają drogę?

K.K. – Eee…tam, sam mam czarnego kota.

T.G. – A do ubioru przywiązuje Pan wagę?

K.K. – Tyle, o ile. Żona dba, żebym gustownie był ubrany, ale nie są to jakieś wyszukane rzeczy.

T.G. – Zapuścił Pan brodę….

K.K. – Z lenistwa. Nie chciało mi się golić i tak mi jest wygodnie do dzisiaj. To miało początek w zeszłym roku, w szpitalu, jak mi biodro robili. Potem byłem na rekonwalescencji, na ćwiczeniach w drugim szpitalu i przez następne 2 tygodnie już się nie goliłem.

T.G. – Dobrze Panu z brodą.

K.K. – Wygodnie. Ale dość już o szpitalach i chorobach. To jest tak osobista sprawa, że mogę o nich rozmawiać tylko z zaufanym lekarzem.

T.G. – Rozumiem. Czy chciałby Pan jeszcze coś dodać?

K.K. – Dziękuje bardzo. Już niczego, niczego nie dodam…

Odejść po cichu, w angielskim stylu. Odfrunąć. Zniknąć. I mieć nadzieję, że nie zostawiam Pana Krzysztofa w złym nastroju, nie przywołałam dręczących wizji. Śmialiśmy się przecież czasami bardzo głośno i długo. Ale w tym dziennikarskim rzemiośle, jakże łatwo przekroczyć granice dociekliwości, za którą jest już tylko wścibstwo. Odchodząc wypada mieć pewność, że nic takiego się nie stało, że to tylko szczera rozmowa i więcej było wspomnień pięknych, niż bolesnych.

Co teraz? Postarać się o bardziej monumentalne zakończenie? Dramaturgiczny wstrząs? Pointę?

Chińczycy powiadają, że najmądrzejsze to- zostawić najlepsze na koniec. Ale wtedy zniknie prawda. Nie jest trudno ubarwiać i retuszować obraz, dekorować postać, zasypać słowami pełnymi uniesień, lecz nie warto niszczyć autentyczności w imię lekkości czytania. Nic nie dodawać, nie poprawiać potoczności języka, nie bawić się w eufemizmy, nie wprowadzać autocenzury i korekt. Czemu? Niech zostanie tak, jak jest. Jako spowiedź, jako dokument.

Krzysztof Kowalewski jest już zmęczony. Wypowiadając ostatnie słowa, odsapnął. Z cichą wdzięcznością spojrzał na mnie, gdy wyłączyłam magnetofon. Schowałam notatki.

Aktor powiedział wszystko?

Nigdy to się nie udało nikomu. Nie można opowiedzieć życia w kilka wieczorów. Życia, które wciąż przynosi niespodzianki, zaskakuje każdego dnia. Nowe barwy i smaki, nieznane dotąd kształty wciąż nas potrafią zadziwić. Ale warto czasem powrócić do pastelowych kolorów młodości, pochylić się nad przeszłością, nie klękać przed nią, ale raczej zrozumieć utracone chwile. Zbliżyć się do prawdy o nich. Bowiem wystarczy być i smakować życie. I dobrze, że Krzysztof Kowalewski po prostu jest. A życie bierze wprost, pełnymi garściami zagarnia, co swoje. Dobrze, że jest jaki jest, że kocha nieprzytomnie córkę Gabrysię, żonę Agnieszkę, Toskanię, dom na Mazurach urządzony w szwedzkim stylu, przerobiony ze stodoły i kocha pracę w niemodnym radiu. Kocha pospać, a z książek to Trzech muszkieterów.  Bardzo dobrze, że w głębi duszy tak kocha grać, że grał już księdza i milicjanta, kucharza i prezesa, był na ekranie tajniakiem, dyrektorem, profesorem, bacą, Grekiem, Sarmatą i majorem UB. I to nie koniec…

 Koniec

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?