Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Krzysztof Kowalewski cz. 3

Opublikowany 2015/07/06

Bardzo dziwiłem się widząc sędziego, jak każdego wieczoru wypija setkę oliwy. Ale potem życie mi wijaśniło... cz. III 

KRZYSZTOF KOWALEWSKI

 

 

WSPOMNIENIA MOJEJ MŁODOŚCI

 

Robimy krótką przerwę, bo, mimo że w domu Pana Kowalewskiego jest raczej chłodno, to jednak upał daje się we znaki. Pytam, czy mogę wyjść na taras i zapalić papierosa.

 K.K.- Może Pani palić również tutaj, w domu.

 

Pan Krzysztof idzie po popielniczkę, a ja wyjmuję cała szczęśliwa papierosa. Nareszcie dom, gdzie nas, nałogowców nie tępią.

 

T.G. - Palił Pan kiedykolwiek?

 K.K.- Tak, popalałem… No przecież, jak każdy nastolatek, mając mniej więcej 18 lat chciałem być dorosły, więc na siłę przez jakiś czas paliłem. Jakieś najgorsze papierosy, chyba „Sporty”…? Mordę mi wykręcało, więc któregoś dnia zapytałem sam siebie: Dlaczego ja się tak męczę? Przecież to mi nie odpowiada i rzuciłem z dnia na dzień. Ale zapach dymu mnie nie razi, nie, nie….

 

T.G.- Nastoletni chłopcy również ostro popijają….

K.K.- Myślę, że ja urodziłem się z defektem. Ten defekt polega na tym, że nie potrafiłem zaskoczyć ani na papierosy, ani na wódę. Z wódą było to samo. W towarzystwie wypić pół litra, tak jak inni, żeby się nie skompromitować. Ale potem te cierpienia kacowe, potworne. A teraz jest tak, mówię do żony: dzisiaj ty prowadzisz, ja popiję. Jedziemy na imprezę. Po czym okazuje się, że śledzik, pięćdziesiątka i koniec. Wykręcam się od kolejnych kieliszków i to nie jest jakieś, moje ślubowanie czy głębokie przekonanie, że nie powinienem pić. To wynika z mojego organizmu. Zwyczajnie nie mam ochoty.

Ale miałem też przedziwną przygodę….

Otóż pewnego, pięknego dnia, gdy pracowałem jeszcze w Teatrze Polskim, nagle przyszła mi do głowy myśl: cholera, chętnie napiłbym się jarzębiaku. A, ponieważ obok, niedaleko jest Klub Filmowca popularny ŚCIEK- no to chodu... Seta, druga seta i to trwało tak pół roku. Co wieczór, regularnie. Raz wypijałem setę, raz półtora, innym razem dwie i tak, co wieczór bardzo systematycznie alkoholizowałem się. A dla niewtajemniczonych, SCIEK to miejsce gdzie atmosfera sprzyjała piciu, tam przychodziło się po to, aby się napić, dopić, zapić i wszyscy tylko w górę kieliszki i w gardło. Też to robiłem i w ogóle nie miałem żadnych wyrzutów sumienia typu: Jezu, codziennie pije, w nałóg wpadnę etc. Żadnej na ten temat refleksji. Aż pewnego dnia, zwyczajowo przyszedłem do ŚCIEK-u, siadłem jak zwykle przy stoliku z Andrzejem Rumianem i Januszem Minkiewiczem, którzy obaj mnie bardzo lubili, chociaż przy nich to ja byłem szczeniakiem i Minio jak zwykle mówi do mnie:

- No… zamów..

 A ja na to: 

- Nie, dziękuję. Nie mam ochoty.

- No, co ty! Chory jesteś? – mówi Minio i sięga po swoją piersiówkę.

Minio był skąpy, on ze swoją piersiówką przychodził. Zawsze  zamawiał pięćdziesiątkę, a potem dolewał wódę z swojej flaszki. To było wielkie wyróżnienie, że chciał mi swojej wódy nalać.

- Nie, jak Boga kocham, nie chcę!

Jeszcze sporo czasu mnie namawiali. Naokoło wszyscy pijani, a ja nie i nie. No i odpuścili mi. Ale następnego dnia znowu przyszedłem i znowu odmówiłem. Przestałem mieć ochotę. Odkręciło mi się zupełnie. W drugą stronę. Więc teraz tak sobie myślę, że ja muszę mieć coś z głową. Ale widocznie niegroźnie.

Aktor, widząc moje delikatne zakłopotanie dodaje:

-  Ale to się nadaje dla jakiegoś, dobrego psychologa... Chociaż pewnie i on by mi tego nie wytłumaczył, bo ja sam tego nie rozumiem.

 

Mimowolnie wracam pamięcią do roli Onufrego Zagłoby tak znakomicie zagranej przez pana Krzysztofa w Ogniem i mieczem. Toż to był opój, jakich mało. Już w pierwszych scenach filmu przyznaje, że tydzień cały pije za pieniądze Longinusa Podbipięty. A potem, co scena, to picie wielkimi haustami. Nawet w czasie oblężenia Zbaraża szuka dla siebie flachy i to z powodzeniem! A tu, przed sobą, w realnym świecie mam prawie abstynenta! No tak. Na tle zbiorowego wysiłku całego narodu w ramach wspomagania przemysłu monopolowego, Krzysztof Kowalewski jest abstynentem. Ale może tylko taki człowiek z powodzeniem zagra Sarmatę opoja?

Kontynuuję dalej wątek alkoholowy, bo wiem, że czytelnicy to uwielbiają…

 

T.G. - Słyszałam, że dobrym sposobem, żeby się nie upić jest duży łyk oliwy przed wypiciem pierwszego kieliszka. Zna Pan tę metodę?

 K.K.- Jak już pani mówiłem – ja nigdy nie miałem problemów z alkoholem, więc prawdę mówiąc nie znam receptur pijaków, co zrobić, aby się nie upić? Ale…

Oto pod koniec wojny, uciekając ze wszystkimi z Warszawy pamiętam, jak przed Pruszkowem nocowaliśmy w jakiejś wiejskiej chacie, gdzie mnie wszy oblazły, a potem dostaliśmy się do Kielc i tam zastało nas wyzwolenie. W Kielcach zamieszkaliśmy u przyjaciół moich rodziców u pewnego sędziego To był niezwykły człowiek i bardzo surowy sędzia. Przywołam teraz zdarzenie, które w pewien sposób charakteryzuje sędziego. Tuż po tak zwanym wyzwoleniu NKWD wyłapało prawie całą męską część inteligencji kieleckiej i między innymi sędzia też poszedł siedzieć. Mniej więcej po trzech tygodniach wypuścili ich, ale nie wszystkich. Okazało się, że sędziego uratował refleks. Gdy ich kolejno wzywali i przesłuchiwali, to przede wszystkim pytali o zawód. On przytomnie  powiedział, że jest inżynierem. Zataił, że jest prawnikiem, sędzią. Dopytywali się co robi jako ten inżynier, a on, że mosty buduje. Acha, dobrze – powiedzieli - ty będziesz potrzebny. I to go uratowało. A cała reszta inteligencji, tak zwani humaniści zostali wywiezieni i słuch po nich zaginął. Na Syberię, do obozów? Czy jeszcze dalej, w tę ostatnią, najdłuższą podróż? Nigdy nie wrócili.

 A sędzia, gdy pokazał się w domu zarośnięty, brudny, to zapamiętałem, że gdy go ze szczegółami zaczęto wypytywać, między innymi, czym zabijali czas odpowiedział, że graniem. A on nałogowy karciarz, więc z pudełek po papierosach zrobili tam karty i grali. W domu nawet nie chciał się wykąpać, ogarnąć, ogolić.

- Nie, idę teraz do znajomych, pokazać, co ze mną zrobili bolszewicy! Bardzo dziwiłem się widząc sędziego, jak każdego wieczoru wypija setkę oliwy. Ale potem życie mi to wyjaśniło. Po prostu sędzia  codziennie o zmierzchu wychodził na brydża z kolegami. A przy okazji gry w brydża zawsze serwowano duże ilości alkoholu. Więc, żeby nie wracać do domu pijanym pił oliwę. Wnętrze żołądka zostaje powleczone wówczas warstwą tłuszczu i alkohol z opróżnieniem i trudnością wtedy przenika do organizmu. Jest też inny zwyczaj, o którym opowiadał mi znany, nieżyjący już aktor Mariusz Dmochowski. Będąc szesnastolatkiem pracował w rzeźni, gdzie ubijano bydło. Któregoś dnia majster oznajmił:

- Załoga teraz przygotujemy się na bankiet.

Lewy bankiet, bo lewe interesy tam robiono.

- Jak się przygotujemy, panie majster?- zapytał młody Dmochowski

- Już ty się nie martw chłopcze, tylko chodź ze mną!

I zabrał go do hali, gdzie miał miejsce ubój bydląt. Podał mu metalowy kubek napełniony świeżą krwią. Sięgnął do kieszeni i wsypał do tego kubka tytoń zmieszany z pieprzem mówiąc:

 – Masz i to wypij

Następnie udali się do tzw. tłoczni tam, gdzie smalec wytłaczali. Tu z kolei majster nalał mu pół kubka tłuszczu i znowu kazał wypić. Na koniec dodał:

- A teraz chłopcze jesteś przygotowany. Idziemy biesiadować!

 Przed każdym pracownikiem stawiano butelkę wódy, jeszcze w tych starych, wielkich butlach i wypijali spokojnie ten litr na głowę. Każdy był w stanie to pokonać, bo miał podkład. Zdarzało się, że na litrze nie kończyło się. A rano? Jak zwykle, wszyscy zdrowi.

 

T.G.- Taka mikstura ….ohyda! Wróćmy może jednak do obiadów…

 K.K.- A propos obiadów i picia

Przypomniało mi się teraz, gdy kręciliśmy Potop na Ukrainie, mieszkaliśmy w Kijowie i w takiej bardzo wytwornej restauracji dla obcokrajowców przepijaliśmy pieniądze, takie spore honoraria za film, pieniądze nie do przejedzenia, nie do przepicia! A w dodatku nic tam wtedy przecież nie było można kupić, więc co z tym robić? Bankietować. Wtedy to kolega aktor Jerzy Kozakiewicz, który bywał na prywatnych przyjęciach w ambasadzie radzieckiej, bo miał narzeczoną dziennikarkę - Rosjankę, opowiadał mi ze szczegółami, jak tam ucztowano.  Na przystawkę podawano bardzo dobre, chrupiące, białe pieczywo, grubo posmarowane masłem. Do tego pięćdziesiątka wódki. Dopiero potem serwowano regularne jedzenie, czyli obiad: wjeżdżały dwie, zmrożone butelki maskowskiej  i olbrzymia waza kawioru w lodzie. W drugiej salaterce podawano ziemniaki i gęstą, kwaśną śmietanę w dzbanie. I oni nakładali sobie łyżkami ten kawior, ile dusza zapragnie. Jak mi to opowiadał, ślina leciała mi na samą myśl o tej masie, ilości. Ale ja go wtedy zapytałem:, „No dobra…. ale tam… na dole, pod ambasadą, to chyba stała, dyżurna karetka pogotowia, – bo, po tłustej śmietanie i kawiorze, w takich ilościach, nie wspominając o tej wódzie, której się nie czuło, przy tym kawiorze- to Jezus Maria - przecież może walnąć wszystko i wątroba i nerki!” Uśmiechnął się tylko i powiedział: Patrz, a ja żyję!

- Chociaż raz tam być i tak ucztować!

Ale opowieść o wazach kawioru robi wrażenie!

Cdn...

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?