Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Krzysztof Kowalewski cz. 4

Opublikowany 2015/07/13

Pamiętam, jak tuż po wojnie, sprzedawano pod szkołą – pańską skórkę: różową, białą. Grosze kosztowała, a ja miałem zawsze jakieś tam zaskórniaki, więc kupowałem.

KRZYSZTOF KOWALEWSKI

 

WSPOMNIENIA MOJEJ MŁODOŚCI

Przypominam sobie, że tak naprawdę ekranowi bohaterowie Krzysztofa Kowalewskiego do świetnej wyżerki nie mieli szczęścia. Na przykład komedia Brunet wieczorową porą i grany przez niego skromny korektor Michał Roman. Obżera się tylko zimnymi i ciepłymi kichami kaszany, popijając najgorszą wódą. Lub kolejne wcielenie – oszust i sknerus kierownik produkcji Jan Hochwander, z filmu Miś. Jest tak bezczelnie łakomy, że posuwa się do kradzieży paru parówek służących, jako rekwizyt jego własnego filmu…! W farsie koszarowej CK Dezerterzy owszem widzimy go, jako szefa kompanii zalanego w pestkę, ale żeby czymś dobrym zakąszał? No, może w Rozmowach Kontrolowanych ma szansę na wigilijną kolację, ale jako partyjny pułkownik nawet opłatkiem nie może się przełamać, tylko jajeczkiem podzielić! I co to za wigilia? Taniocha!

                 Znam wiele ról z imponującego dorobku aktora i wiem, że nie muszę pytać o zasady, jakie wyznaje. Tu nie ma miejsca na kaprysy gwiazdy, aktor jest od tego żeby grać. I główne role i małe rólki. Krzysztof Kowalewski wie, że nawet z epizodu można zrobić aktorską perełkę. I nie grymasi, gdy otrzymuje propozycje. Sprawdza się i w dramatach i komediach, filmach obyczajowych i dla młodzieży. Ha, starsi widzowie pewnie pamiętają go jeszcze z czarno- białych, legendarnych teatrów sensacji TVP” Kobra”.

                Obserwując aktora uważnie czuję w nim niespożytą energię. Krzysztof Kowalewski jest zawodowo czynny, nie należy do ludzi, którzy rozłożą przed nami album ze zdjęciami i recenzjami i będą napawać się blaskami sławy. Z przyjemnością czuje się, że on nadal jest w grze! A skoro o grze mówimy, mnie prywatnie najbardziej rozśmieszył nie w hitach Barei, ale w musicalu Rzeszewskiego Lata dwudzieste, lata trzydzieste, gdzie wspólnie z Janem Kobuszewskim stworzyli przezabawny duet wycwanionych wspólników głównego bohatera. Farsowa rola, zagrana wcale nie farsowo, bez zbędnej szarży, przez co jeszcze śmieszniejsza. A moim zdaniem, ma w swoim dorobku jeszcze kilka innych ról, niedocenionych, prawie zapomnianych. Każdy ma swoje ulubione role aktorów, ulubione filmy, sceny, które go bawią najbardziej…

Ale wracamy do pytań…

 

T.G.- Pamięta Pan jakieś przysmaki z dzieciństwa? Słodkości..może watę cukrową..?

 K.K.- Waty sobie nie przypominam, ale zapamiętałem, jak tuż po wojnie, sprzedawano pod szkołą – pańską skórkę: różową, białą. Grosze kosztowała, a ja miałem zawsze jakieś tam zaskórniaki, więc kupowałem sobie. Pamiętam, jak mama przylatywała i mówiła: – Nie jedz tego! Pewnie to w nocniku robili. Ale na mnie to nie robiło wrażenia. W nocniku, nie w nocniku. Przepadałem za „pańską skórką”. Ze słodyczy to pamiętam jeszcze amerykańską czekoladę, z paczek UNRA, którą przywozili w takich kawałkach bloku czekoladowego. Specyficznie smakowała, bo niby była słodka, ale jakaś dziwna…. Do dzisiaj mam podejrzenia czy to naprawdę była czekolada i co do niej dodawali….?  Najgorsze jednak było to, że w żaden sposób nie dało się jej ugryźć ani nawet ssać, bo jak urąbać kawałek? Trzeba było lizać.   Moim przysmakiem nie były jednak wtedy słodycze….

 

T.G.- Nie lubi Pan słodyczy?

K.K.- Nie gardzę, ale muszę się teraz powstrzymywać z uwagi na tuszę.

 

T.G.- Proszę się przyznać… Jest Pan odrobinę łasuchem?

K.K.- No chyba jednak jestem…

 

T.G.- Lubi Pan lody?

 K.K.- A proszę bardzo. Najchętniej ze śmietanką i owocami.

 

T.G.- A torty?

K.K.- Z deserów może najmniej, bo nawet z jednej porcji na talerzu robi się taka ilość, że nie sposób tego zjeść. Ja mam naturę świnki morskiej…

 

T.G.- To znaczy..?

 K.K.- Jak  śwince nałożyć do miski dużą porcję – nie ruszy. Jak połowę- to zainteresuje się. Podobnie, jak moja kotka Fredzia.

 

T.G.- Zawsze Pan tak miał…? Nie uwierzę, że dzisiaj też je Pan, jak ptaszek…

 K.K.- Powiem tak… Nie przesadzam z ilością- to fakt. Natomiast skłamałbym mówiąc, że jak nakładam sobie na talerz ziemniaki czy makaron z garnka, to wyliczam…. Na pewno nie! Przyzwoicie sobie nałożę. Tyle, że jestem zadowolony z solidnej porcji, a też tyle, żeby nie zrazić nią współbiesiadników.

 

T.G.- Ok. Zrozumiałam. Wróćmy do smaków z dzieciństwa… Skoro w okresie między, i powojennym słodycze nie stanowiły domeny Pańskich przysmaków, to co innego w zamian…?

 K.K.- W czasie wojny zachorowałem, miałem wtedy 7 lat, i z tego powodu znalazłem się z mamą na wsi Lipiny, pod Warszawą. Pamiętam do dziś, jak gospodyni wyciągała, na drewnianej palecie chleb z pieca. Ukroiła olbrzymią przylepę i podała mi ją do rąk. Prawie mi wypadała, tak była gorąca. W palce paliło, to biegłem, ile sił w nogach do dzbana, aby polać ją śmietaną. Nie wiem, jak moja wątroba to wytrzymała, cud chyba..., ale wytrzymała.

 

T.G.- Jak widać został Pan poczęty z solidnego materiału, a ten szybko nie psuje się…

 K.K.- Oj psuje się, psuje niestety…

 

T.G.- Ma Pan jakiś ulubione gatunki pieczywa, do którego mógłby Pan przyrównać tamten smak chleba?

  K.K.- To był smak parzonego języka i śmietany… Nie da się tego do niczego przyrównać.  To było jedyne wydanie w swoim rodzaju.

Tego się nie zapomni nigdy. No, ale ja jestem okupacyjny i mnie obowiązywały tamte rygory. Dzisiaj lubię smak chleba, niedaleko naszego domu jest taka znana w stolicy piekarnia „Grzybek”, którą uwielbiam, bo raz, że mają wiele odmian chleba, dwa wypiekają go na prawdziwym zakwasie, więc tam zaopatrujemy się w pieczywo, ale od pewnego czasu, ze względu na przyszłość artystyczną raczej pieczywko ograniczam….

 

T.G.- Chleb nie kojarzy się nam zwykle z dobrobytem. Raczej z poczuciem głodu. Pan wychowywał się w okresie okupacji, Powstania Warszawskiego. Głód w tamtych czasach pewnie i Panu nie był obcy…

 K.K.- Bardzo przeżywaliśmy z mamą powstanie. Mieszkaliśmy w rodzinnej kamienicy na Nowogrodzkiej, rodzinnej, bo ja tam się urodziłem, a nie dlatego że stanowiła naszą własność. Generalne mieszkali tam bardzo poczciwi ludzie. Ale musieliśmy stamtąd uciekać z powodu dozorczyni. Dozorczyni po prostu zaczęła szantażować matkę. Dlatego zaczęliśmy wynajmować mieszkanie na Noakowskiego 16, u niezwykłej osoby pani Józefy Bieniewskiej, mojej późniejszej, przyszywanej cioci Józi. Mama bardzo się z nią zaprzyjaźniła. Wdowa po przemysłowcu, który zostawił jej pieniądze, ale wkrótce okazało się, że są już nic nie warte i musiała wynajmować pokoje. Tu jeszcze jeden smak dochodzi, bo z balkonu często widziałem, jak ona w kuchni kręci w takiej dzieży pasztet. I ja zawsze pytałem potem – Ciocia Józia, czy jest „pastet?” Zawsze mnie częstowała. To była kobieta niezwykłej uczciwości, w czasie powstania w getcie, w tym mieszkaniu był punkt przerzutowy dla tych Żydów, którym się udało uciec. Nieustające dzwonki do drzwi, uciekinierzy wchodzili na parę godzin, czekali na łącznika, wychodzili, przychodzili następni. Panował strach, ryzyko było ogromne, na przeciwko mieszkał przecież gestapowiec. I jeszcze na dodatek wciąż lamentująca pewna pani, która też tam wynajmowała pokój.

- Co pani robi? – krzyczała na Józię - Nas wystrzelają, zabiją, tu się przechowuje Żydów…

A ciocia Józia na to:

- Tu są Żydzi? Pani widzi tu Żydów?

Fantastyczna, bardzo odważna osoba. Ja z mamą zajmowaliśmy dość przyzwoity, duży pokój, z balkonem na pierwszym piętrze, którego okna wychodziły na podwórko.

 

 Pamiętam, że bardzo lubiłem wtedy jabłka. Wychodziłem, więc z jabłuszkiem i nożem w ręku na balkon. Tam stała dość obszerna, skórzana walizka, pionowo stała, z rozchylonym wiekiem. Wietrzyła się tak.  Właziłem do niej cały tak, że siedziałem w głębi i wszystko widziałem co się dzieje na podwórku i z namaszczeniem jadłem to swoje jabłko. A, jak zobaczyłem, że ktoś mija bramę, zbliża się i zmierza do domu, wolałem: Dzień dobry… Ludzie uprzejmie odpowiadali „Dzień dobry”, ale nie wiedzieli, komu, bo mnie nie widzieli i głupieli, …bo mnie nie widzieli. Głos z nieba!? Mówił im dzień dobry? Bardzo mi się to podobało, nikt mnie nigdy nie wykrył.

                 Pamiętam, jak pod koniec powstania, było chwilowe zawieszenie broni i Niemcy pozwolili ludziom wyjść na ogródki działkowe, na pola mokotowskie, żeby mogli zebrać swoje plony. I ja z takim szewcem, który też mieszkał przy Noakowskiego poszedłem z łopatą na pole kartoflane. Ale byłem jeszcze dzieckiem. Nie wiedziałem - gdzie i jak głęboko należy kopać, żeby znaleźć te upragnione kartofle. Natomiast szewc miał doświadczenie. Jak tylko podważył ziemię łopatą zaraz wyskakiwało mu pięć, sześć sztuk. W tym samym czasie ja wyjmowałem może dwa, trzy… No to zawsze mu kilka sztuk podebrałem. On to widział, ale nie żałował mi. Myślał pewnie, a niech dzieciak się cieszy. Nawet w końcu spory worek uzbierałem. Ale przyszła godzina bodajże.. szesnasta i Niemcy, dla postrachu zaczęli strzelać. Mama rzuciła tylko: Szybko!  Wracamy! Biegnij!  W czasie ucieczki, przechodząc przez dziurę w płocie, ten mój worek zahaczył o coś i utkwił. Słyszałem tylko rozpaczliwy głos mamy: - Rzuć to, rzuć kretynie! Bo nas tu zabiją! 

Ale nie rzuciłem. Czy czułem się jak bohater? Nie wiem, czemu nie rzuciłem tego worka, może przyjacielem mojej odwagi był głód? Jak znaleźliśmy się już w domu, odetchnąłem. Udaliśmy się z mamą do kuchni. Była w niej już pani Basia. Bardzo miła kobieta, nazwiska nie pamiętam. Pani Basia zajmowała kuchnię i typową w tamtych czasach służbówkę. Mieszkała sama plus siedem kotów, które siedziały na antresoli i w milczeniu się na nas gapiły. Basia, jak się okazało nazbierała dwa wory, …ale w nich tylko same pory. A tu się jakość liczyła. Mama wtedy do mnie – idź na dół i przynieś. Ja poszedłem do nas na pierwsze piętro po swój skarb. Pani Basia nie była zwykłą kucharką, była kucharką u państwa Szylów. To musiała być taka kucharka, jacy są w tej chwili kucharze w Bristolu. Tak umiała gotować. I jeszcze po wojnie, w tej swojej małej służbówce wydawała obiady. Zrazy, polędwica, schabowy wątróbka. Wyśmienite. Chociaż raz jej się skucha zdarzyła, bowiem nie zauważyła, że wątróbka śmierdzi. Strasznie się zawstydziła. No, ale co? Każdemu się mogło zdarzyć.

No, więc, przyniosłem z dumą ten swój worek, pani Basia otworzyła go i jak zobaczyła te ziemniaki to, aż… się popłakała. To były pierwsze kartofle jakie zobaczyliśmy od wybuchu powstania. Kto by dziś płakał nad kartoflami? I natychmiast zaczęła gotować kartoflankę. No i to był dopiero smak! Kartoflanka…. Niezapomniane przeżycie… Ten smak…, Ale co tu dużo mówić… to był też głód. Tego dnia jednak najadłem się do syta.

 

T.G.- Dzisiaj również lubi Pan kartoflankę?

 K.K.- Lubię wszystko. Nie wybrzydzam.

 

T.G.- Pana mama była aktorką, ale w czasie okupacji chyba nie pracowała w zawodzie..? Z czego się utrzymywaliście?

Cdn.

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?