Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Krzysztof Kowalewski cz. 5

Opublikowany 2015/07/20

Natrafiłem starą przylepę razowego chleba. Była tak twarda, jak kamień, ale dla mnie była wtedy, jak brylant. To był prawdziwy ratunek, bo przez trzy dni, cierpliwie ją rozmiękczałem ssąc ją…

KRZYSZTOF KOWALEWSKI

 

WSPOMNIENIA MOJEJ MŁODOŚCI

K.K.- Matka zahaczyła się, podobnie jak wiele jej koleżanek, jako kelnerka w warszawskiej kawiarni Sztuka, a tak naprawdę utrzymywała

 

nas za pomocą szmuglu. Jeździła z walizeczką i przewoziła towary. Ale nie pamiętam, żebym w czasie wojny jadł jakieś rarytasy. Miałem poważne ubytki witamin, awitaminozę, dlatego lizałem ścianę przy łóżku, potrzebowałem wapna. Moją ulubionym przysmakiem był taki gliniasty chleb polany tranem.

 

T.G. - Dzieci zazwyczaj nienawidzą tranu… Ja broniłam się przed tym, jak przed ogniem!

 

K.K. - Ja uwielbiałem. Mogłem się nim zażreć.

 

T.G. – To, jakiej figury był pan wtedy chłopczykiem?

 

K.K. – Figury cienkiej.

 

T.G. – Chudy?

 

K.K – Normalny, szczupły w tym wieku. Pamiętam jednak, że najgorsze były trzy ostatnie dni przed wyzwoleniem Warszawy, Były po prostu straszne. Wtedy rzeczywiście czułem straszliwy głód, bo matka nie miała mi, co dać do jedzenia. Byłem tak głody, że zacząłem na własną rękę poszukiwania jedzenia. Z domu wyjść nie mogłem, bo od strony Politechniki, Noakowskiego była pod obstrzałem, więc szukałem pożywienia w mieszkaniu. Zacząłem, po kolei otwierać wszystkie szuflady, a tam nic. W jednej bielizna, w drugiej pościel, w trzeciej obrusy. Wreszcie natrafiłem na pustą szufladę, w której na końcu leżała stara przylepa razowego chleba. Była tak twarda, jak kamień, ale dla mnie była wtedy, jak brylant. To był prawdziwy ratunek, bo przez trzy dni, cierpliwie ją rozmiękczałem ssąc ją.

 

Zrobiło się nagle refleksyjnie…. Ale nie smutno. Raczej poważnie, mniej beztrosko. Następuje naturalna przerwa w rozmowie, niewymuszona, potrzebna nam obojgu. A ja staram się wyobrazić sobie to wszystko. Ciemne chmury nad Warszawą. Okupacyjny terror. Niepewność o dzisiaj, niepewność o jutro. I te młode, piękne i zdolne aktorki, jak mama pana Krzysztofa, zmuszone do kelnerowania. Aktorki, których karierę przerwała wojna. Wkroczyła brutalnie w te najpiękniejsze chwile aktorskiej kariery, gdy jest się młodym, chce się grać na scenie…a marzenia zabiera i niszczy ciężka rzeczywistość. Te chwile głodu, panicznego strachu, radości z rozpoczęcia powstania. I widzę małego Krzysztofa Kowalewskiego przeszukującego szuflady w poszukiwaniu chleba…

 

Przymykam oczy i w wyobraźni stwarzam postać małego chłopca ciągnącego z dumą do domu wór ziemniaków, szczęśliwego ze swego zdobytego skarbu. Takich chwil się nie zapomina, tkwią w człowieku od początku do końca, pozostawiając w umyśle to dziwne uczucie bycia potrzebnym, bycia ważnym, niezastąpionym w tej jednej, krótkiej okupacyjnej chwili. Z pozoru nic nieznaczący epizod, który po latach nabiera kształtu symbolu…

 

Może wyglądam jakbym zasnęła? Aktor szanuje tę ciszę, a ja odczuwam przyjemność bycia w tym domu, tu i teraz. Otwieram oczy i chyba nie udaje mi się ukryć, że jest mi dobrze, odpoczywam. Ta biel mebli, kanapy, lamp z dyskretnym oświetleniem, harmonia kolorów, bo pokój łączy się z zielenią ogrodu widocznego z tarasu. I pan Krzysztof ubrany na biało, a na tej bieli tańczą sobie promyki słońce i tło niebieskiego nieba. Przeprowadziłam tysiąc wywiadów, odwiedziłam setki domów aktorów, przesłuchałam kilometry taśm magnetofonowych z rozmowami, ale jak oddać na piśmie tę spokojną ciszę, niepowtarzalną pauzę, gdy słucha się tylko własnych myśli, odgłosów ptactwa, domowych zwierząt?

 

Mówię prawie szeptem mojemu rozmówcy, że bardzo dobrze czuję się w tym domu, że wszystko mi się tak podoba. Odpowiada z uśmiechem, że to zasługa jego żony- Agnieszki, że to ona tak mądrze wymyśliła wnętrze. I szczerość za szczerość, bo Krzysztof Kowalewski wyznaje mi, że nie rzuca się już tak na role, częściej odmawia. Ale nie wynika to ze znużenia, wieku, zaniku ambicji. Po prostu, gdy jest się tyle lat osobą publiczną, wciąż w świetle kamer, w tłumie ludzi, w kręgu zainteresowania, gdy żyje się w pośpiechu, twórczym stresie, jest się na telefon, na pokaz, na zamówienie – odczuwa się potrzebę częstszego bycia sam na sam ze sobą, prywatnie, bardziej intymnie, bardziej dla siebie, swojego życia. I nie ukrywa, że dom ten kupił za 12 przepracowanych lat w kinie, telewizji, w radio i na estradzie i nie był to podarunek od losu dla nic nieznaczącego celebryty z sufitu, ale zwykłe odcięcie kuponu od tylu lat ciężkiej pracy, gdy własną twarzą, emocjami, ciałem i duszą pracowało się na chleb. On nigdy nie był za bardzo łasy na pieniądze, nie myślał o nich nade wszystko, nigdy nie potrzebował za dużo. Ale potrzebował, zarabiał dobrze, nie kryje tego. Nawet w stanie wojennym jeździł z „chałturami”, między innymi ze Stanisławem Tymem i niejakim Majorem, kolorową postacią. Major był wszystkim, a najbardziej impresariem. Pan Krzysztof jadł, jak sam mówi podejrzane ścierwa w knajpach, nie dosypiał, popijał, ale dom budował, wyżej i wyżej. I póżniej bardzo mu się to spodobało, że własną pracą, bez zapożyczania się można coś wybudować. Wybudował przecież dwa domy. Jeden segment który zostawił Ewie Wiśniewskiej, a drugi właśnie ten. I ja to rozumiem. Włączam dyktafon. Koniec przerwy.

 

T.G.- W momentach tzw. ciszy przed burzą, przed powstaniem,  mieliście chyba jakieś typowo chłopięce zabawy…?

 

K.K.- No…. przede wszystkim strzelaliśmy do siebie. Z kapiszonów, z korkowców. Jak to dzieciaki w tym wieku. Pamiętam dzień w którym wybuchło powstanie. Siedząc w domu usłyszałem, jak moi koledzy bawią się na podwórku, to znaczy strzelają do siebie. Zapytałem mamy,  czy mogę iść pobawić się na podwórko?

 – Tak, tylko za godzinę masz wrócić- powiedziała.

Wyszedłem, rozglądam się, a tam nikogo, żywej duszy nie ma. I nagle strzał, już zza bramy. Właśnie wtedy zaczęło się Powstanie Warszawskie. W pierwszym momencie pomyślałam, że to zabawa, ktoś strzela….. Ale po chwili widzę - idzie mężczyzna z taką rozszczepioną, bambusową laską, jak długi pędzel, wyglądała, bo bambus pęka wzdłuż przy silnym uderzeniu. I ten mężczyzna powtarza pod nosem:

 – Zajebałem skurwysyna.

To znaczy, że dopadł szwaba.

Najwidoczniej.

 

T.G.- A pogodę Pan pamięta, jak wtedy była?

 

K.K.- Tak pamiętam. Fajna była pogoda. Świeciło słońce. Zresztą można to prześledzić u Władysława Bartoszewskiego, w jego książce 1859 dni Warszawy. Zamieszcza się tam wśród opisów łapanek i aresztowań, akcji małego sabotażu i innych informacji, codzienny komunikat Meteo. To bardzo ciekawe, bo z informacji o pogodzie i ogłoszeń w gazetach składa się również każdy dzień okupacji i powstania. Ogromnie ważna i ciekawa książka. Solidna i skrupulatna praca autora sprawiła, że powstała jedyna w swoim rodzaju kronika nędzy i upodlenia narodu, dowiadujemy się, czym ludzie handlują, na co się wymieniają, jakie są obwieszczenia, ilu ludzi zginęło danego dnia, ile kosztuje talerz zupy i co grają w kinach…

 

T.G.- Jaka obowiązywała moda w okresie Pana młodości?

 

K.K.- Zimą nosiłem jakieś pończochy, rajtuzy na gumkach. To opadało, niewygodne było jak cholera. Nienawidziłem tych ubrań.

 

T.G. – A oranżadę Pan pamięta, taką w butelkach na zatrzask, zamykaną porcelanowym korkiem z gumką?

 

K.K. – Tak, tak, grubo po wojnie. Mam taką butelkę po piwie…

 

T.G.- Ile miał Pan lat, gdy po raz pierwszy usłyszał Pan bicie własnego serca na widok płci odmiennej?

 

K.K.- O, bardzo wcześnie. Miałem dziewięć lat, a moja wybranka serca szesnaście. Miała na imię Danusia, a ja nieprzytomnie się w niej podkochiwałem. Naturalnie była to miłość typowo platoniczna, nieśmiała, wstydliwa. O takich platonicznych miłościach nie zapomina się. Oczywiście Danusia kompletnie nie była mną zainteresowana. Dla niej byłem pospolitym gnojkiem, małolatem. Rozglądała się za kimś starszym w ogóle nie zwracając uwagi na to, że ja się napraszam.

 

T.G.- Kiedy zatem, po raz pierwszy poczuł Pan smak dziewczęcych ust?

 

K.K.- Jak Boga kocham nie pamiętam…. Trudne pytania mi pani zadaje. No nie pamiętam. Czyżbym był, aż tak zepsuty? Szesnaście, siedemnaście lat, to chyba wtedy się zdarzyło.

 

Aktor śmieje się i ja też. W filmach nie obsadzano go w rolach amantów i …polska kinematografia ogromnie na tym zyskała. To aktor bardzo i to bardzo charakterystyczny. I dobrze, że na siłę nie chciano z niego zrobić Rudolfa Valentino, ani jakiegoś innego łamacza kobiecych serc. Zagrał, co prawda zalotnika w filmie Urodziny Matyldy, absztyfikanta w serialu Czterdziestolatek, a filmie Lata dwudzieste lata trzydzieste nazwano go nawet Rasputinem, ale wywołało to taki śmiech na widowni, że nawet „muchy ze ścian spadały”. W Co mi zrobisz jak mnie złapiesz cała intryga spowodowana jest skokiem w bok pana dyrektora, którego gra Kowalewski, ale ani seksu, ani erotyzmu nie ma tam za grosz. I to także wspaniale, bo bardziej bawi. Nie każdy aktor musi mieć sceny miłosne w filmie. Co innego w życiu…

 

T.G.- Czyli dziewczyny w Pana życiu to już okres szkoły średniej….

 

K.K.- Tak. Do podstawówki chodziłem na Hożą. To była prawdziwe bandycka szkoła. Masa łobuzów i żuli tam chodziła Potem podjąłem edukację w tzw. TPD 2- Towarzystwie Przyjaciół Dzieci, które następnie przemianowano na szkolę imienia Klementa Gottwalda po tym, jak dostali od Czechów w prezencie budynek szkolny. W czasie okupacji niemieckiej Gimnazjum i Liceum prowadziły tam tajne komplety edukacyjne. A w ogóle TPD 2 wypierało dawne, przedwojenne gimnazjum im. St Staszica, które reaktywowano dopiero w kwietniu 1990 r…W tamtym okresie władzom zależało żeby zamknąć tę szkołę. Dzisiaj, jak wiadomo mieści się w tym miejscu XIV Liceum Ogólnokształcące im. St. Staszica, które jest chlubą tradycji szkoły.

 

T.G.- Nosił Pan tornister czy teczkę….?

 

K.K.- Tornistra nigdy nie miałem, bo w tamtym czasie był kojarzony z obciachem. Dokładnie nie pamiętam, ale chyba książki nosiłem w teczce…

 

T.G.- Szafki mieliście?

 

K.K.- Jakie szafki? W tamtym czasie? Wieszaki były.

 

T.G - Pamięta Pan może ówczesny zapach klas?

 

K.K - To zależy, o której godzinie?

 

Aktor najwidoczniej bawi się, bo na jego twarzy pojawia się szczery uśmiech.

 

K.K. - Najbardziej zapadł mi w pamięci zapach klasy po gimnastyce… Sam się do tego zapaszku przyczyniałem. Biedni ci nauczyciele. Nam ten smród nie przeszkadzał.

 

T.G.- A zapach, wiosny, lata drzew…? Pamięta Pan?

 

K.K.- Nie za bardzo. Ale bez, zapach bzu pamiętam. Nie pamiętam zapachu lip, ale wiem, że herbatę lipową piliśmy. Mama podawała mi ją zawsze, gdy miałem nawet lekko podwyższoną temperaturę.

Cdn...

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?