Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Krzysztof Kowalewski cz. 7

Opublikowany 2015/08/03

Dla mnie los był łaskawy, pracowałem z zawodowcami, dzisiejszego, młodego pokolenia nie znam. Nie wiem, ile w ich wizjach jest zawodowstwa, a ile szarlatanerii?

KRZYSZTOF KOWALEWSKI

 

 

WSPOMNIENIA MOJEJ MŁODOŚCI cz.VII

 

K.K.- Regularnie, dwa razy w tygodniu odwiedzałem basen w hotelu Victoria. Tam, z boku stał sprzęt do ćwiczeń, więc chętnie z niego korzystałem. I nie robiłem tego, dlatego, żeby sobie być śliczny i młody, ale to była autentyczna potrzeba rozładowania energii.

 

T.G.- A biega Pan?

K.K.- Biegałem. Teraz jestem za ciężki. Kolana mogą wysiąść. Rower owszem. Jeżdżę często, sprawia mi to przyjemność i jest bezpieczne. Nie powoduje przeciążeń, a jest ruch. Nawet w swoim pokoju mam taki specjalny rower do ćwiczeń. Ale pływanie, jazda na rowerze to moje sporty ulubione. A kiedyś jeszcze bardzo namiętnie grałem w kosza. Ale w żadnym klubie, tak towarzysko z koleżkami. Graliśmy na kortowym boisku, obok basenu, przyłączali się do nas zawodnicy Legii, którzy kończyli swój trening, ale mimo zmęczenia, widząc nas, nabierali ochoty na wspólną grę.  Nieźle grałem z zawodnikami Legii. Pamiętam jeszcze tę brudną, ciemnozieloną wodę od chloru na basenie Legii. Do tej pory nie znoszę zapachu chloru…

 

T.G.- Jakich jeszcze zapachów Pan nie znosi?

K.K.- Rozkładającego się ciała. Jezu…., nie do wytrzymania to było. To z  czasów wojny.

 

T.G.- A jakie zapachy i smaki Pan lubi?

K.K.- Nie jestem wybredny. Bigos bardzo proszę. Golona bardzo proszę. Ale też sałatki na słodko, jak dobrze zrobione- bardzo proszę.

 

T.G.- A piwo Pan lubi?

K.K.- Eee…. czasem. Ale prędzej pięćdziesiątkę czystej wódki do golonki albo śledzia. Bo śledź bez pięćdziesiątki - to jakiś taki samotny.

 

T.G.- Jest Pan obrzydliwy? No dajmy na to… Drażni Pana… zapach kupy psa?

K.K.- Naprawdę nie lubię zapachu smrodu.

 

T.G.- A pamięta pan, jak Gabrysia była niemowlakiem i zrobiła kupę? Dziecka kupa inaczej pachnie.

K.K.- Nie miałem jakiegoś odrzutu…, ale może dlatego, że za mało się tym zajmowałem…..

 

T.G.- Siebie lubi Pan wąchać?

Krzysztofa Kowalewskiego ogarnia niepohamowana wesołość.

K.K.- Nie przepadam. A tam, ludzi trzeba poznawać, a nie wąchać!

Smaki, zapachy, wspomnienia. Pierwsze miłości i bzy. Miny błazna i rysowane lokomotywy. I ten kosmiczny pojazd z marzeń, całkiem roztropne fantazje na temat wygody życia. Najbardziej zastanawia wyznanie aktora o braku pomysłu na wybór życiowej drogi. W pewien sposób potwierdza to teorię, że to nie my, a los za nas decyduje. Coś tym wszystkim kieruje, a my jesteśmy pionkami na szachownicy, przesuwanymi w myśl jakiegoś planu, gry? Pamięć jest, jak lep na muchy, co jeszcze przyklei się i zostanie, a co uleci w obszar zapomnienia? Nie pytam aktora o rzeczy, które na pewno pamięta, o pierwszą żonę, kubańską, długonogą piękność, tancerkę Vivian i ich szaleńczą miłość sprzed kilkudziesięciu lat, bo takie szaleństwa wbijają się, jak haki w świadomość i już nie opuszczają nas nigdy. O ich syna Wiktora, pracującego obecnie w Ameryce, jako aktor, o wieloletni związek ze znaną aktorką Ewą Wiśniewską. Nie drążę tematów powszechnie znanych i dostępnych, które nie są zaskoczeniem. Chcę zmusić Krzysztofa Kowalewskiego do wyznań, wspomnień, które go samego zadziwią. Odszukania w pamięci, jak na starym, zakurzonym strychu, rzeczy, które pozornie się zagubiły, okryły pajęczyną kurzu czasu wśród tylu wyrzucanych z pamięci szczegółów.

 

T.G. – Wynajmował Pan mieszkanie w czasie studiów?

K.K. – Skąd. Mieszkałem we własnym. W Warszawie, na Nowogrodzkiej, dokąd po wojnie wróciłem. U siebie.

 

T.G. – Czy jakieś przyjaźnie ze szkoły aktorskiej przetrwały?

K.K.– Z przyjaźniami na roku bywa różnie, przyznam szczerze. Może to nie były przyjaźnie, tylko jakieś takie, nazwijmy to bliższe koleżeństwa.  Ale, niestety ci ludzie, niegdyś mi bliscy już nie żyją. Na przykład Jurek Karaszkiewicz. Z dawnych lat to pozostał mi Janusz Michałowski. Teraz jesteśmy w jednym teatrze Współczesnym i siedzimy razem w garderobie. Jest nam bardzo dobrze, bo zawsze możemy powspominać stare czasy.

 

T.G. – Mówi się, że wśród aktorów nie ma przyjaźni… Czy ma Pan kogoś takiego, komu powie pan: Stary, chodź na mój spektakl i powiedz mi szczerze, jak zagrałem?

K.K. – No tak…. Mam parę takich osób, ale niekoniecznie, zaraz  nazywałabym ich przyjaciółmi. To mądrzy i rozsądni ludzie, którzy są z tej samej półki doświadczenia i na tym samym poziomie, co ja, więc nie musimy się bajerować. Mówimy do siebie normalnie, wprost i nikt do nikogo nie ma pretensji. Jeśli taka osoba mi powie: Stary… no nie za bardzo… i potrafi to jeszcze uzasadnić- to jej wierzę. Jasne, że to zdarza się rzadko, ale jeśli już taki fakt ma miejsce, to ufam takiej osobie, bo wiem, co mówi.

 

T.G. – Prywatne kontakty utrzymuje Pan z aktorami czy raczej z ludźmi spoza branży?

K.K. – Różnie…. Z racji wykonywanego zawodu, więcej jest oczywiście tych spotkań z kolegami aktorami, ale już na przykład nagrania w radio, które ma już kompletnie inny charakter- to powiedziałbym, że przede wszystkim te spotkania miały przywilej towarzyski. Teraz bywam tam rzadko, okazjonalnie bo i audycji jest mniej. Ale kiedyś… widywaliśmy się dwa, trzy razy w tygodniu.

 

T.G. – Znani aktorzy odciskają swoje dłonie w Alei Gwiazd w Międzyzdrojach. Pan ma również swoją gwiazdę w Łodzi…

K.K – To prawda mam swoją gwiazdę w Łodzi, naprzeciwko Hotelu Grand,  a właściwie gdzieś pośrodku alei , która ciągnie się po obu stronach.

 

T.G. – Przywiązuje Pan wagę do tych wszystkich nagród, medali, wyróżnień, których ma Pan na koncie naprawdę sporo?

K.K. – Znam wiele osób o wiele bardziej  i obficie nagrodzonych, ale też nigdy nie myślałem na ten temat, w tych kategoriach. Nagrody, uściski dłoni, zaszczyty czy krytyka nie są dla mnie najistotniejsze. Najważniejsza w tym zawodzie jest publiczność. A ona mnie akceptuje i o to mi chodzi.

 

T.G. – Ale publiczność to również widzowie filmowi i telewizyjni. Którą w tych widowni najbardziej Pan sobie ceni?

K.K. – Najbardziej szlachetne spotkanie- to spotkanie oko w oko z żywą publicznością, w teatrze. Na scenie w pełni odpowiadam za to, co robię, bo miałem wystarczająco dużo czasu, na próbach w teatrze, aby solidnie przygotować się do roli. I widzowie oceniają: podoba się, nie podoba,  średnio zagrane. W tzw. mediach typu film czy telewizja- niby  ta ocena jest tożsama, ale dotyczy czego innego: pracy, która jest- ja to nazywam- pracą wymuszoną. Na planie filmowym czy serialowym nie mam czasu na przemyślenia. Tam trzeba działać szybko, błyskawicznie zastanowić się, jak coś zrobić. Czasami oglądając po latach jakąś rolę myślę, że gdybym miał wtedy więcej czasu tak, jak ma to miejsce w teatrze, zagrałabym to o wiele ciekawiej.


T.G. – Uchodzi Pan za człowieka niezwykle stonowanego i spokojnego. Zdarzyło się, że poniosły  Pana nerwy na planie filmowym, czy w teatrze i zrobił Pan awanturę?

K.K. – Tak, raz w życiu i to była bardzo nieprzyjemna historia. Zetknąłem się z kretynem reżyserem, który mówiąc oględnie „napalił się” na młodą, ładną aktorkę, która nie chciała mu się oddać, a  następnego dnia, na próbie zaczął się nad nią znęcać. Nie wytrzymałem!  Wszystko mu wygarnąłem! Opierdoliłem go, jak trzeba, bo jego zachowanie było obrzydliwe. W dodatku dezorganizowało pracę. To, co robił było bez sensu. Po prostu reżyser- idiota!

Jeszcze teraz na wspomnienie tego incydentu Krzysztof Kowalewski ulega emocjom. A z mojej szybkiej oceny wynika, że jako człowiek jest po prostu bardzo szlachetny. Wyjawił, że ujął się za koleżanką, dotknięty do żywego bezczelnym łajdactwem, ale zaraz pokrył to skromnym tłumaczeniem o dezorganizacji pracy.

Uśmiecham się dyskretnie pod nosem, bo na organizatora pracy, a w ogóle na pracusia Pan Krzysztof zupełnie mi nie wygląda. Za to na dobrego, cudownego człowieka – TAK. Robi mi się bardzo przyjemnie. Dobrze, że takich ludzi jeszcze udaje mi się spotykać w dzisiejszym rozwydrzonym świecie show biznesu, wielokrotnie pozbawionym elementarnych zasad etyki. Kontynuuję ten wątek…

 

T.G. – A Pana- konkretnie, nigdy reżyser  nie zdenerwował udzielając na przykład głupich uwag?

K.K. –Gdy widzę, że mam do czynienia z durniem, który nic nie potrafi, nie ma pojęcia o zawodzie, awantura nic tu nie zmieni. Nie nauczy go niczego. Taką sytuację trzeba raczej załagodzić sprytem, wymanewrować jego pomysły, podsuwając delikatnie swoje. Tylko w ten sposób udaje się coś przeprowadzić sensownego i zapobiec  nieszczęściu, które szykuje się…

 

T.G. – A często zdarzają się takie nieszczęścia…?

K.K. – Nie. Dla mnie los był łaskawy, pracowałem z zawodowcami, dzisiejszego, młodego pokolenia nie znam. Nie wiem, ile w ich wizjach jest zawodowstwa, a ile szarlatanerii?

Cdn...

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?