Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Krzysztof Kowalewski cz. 8

Opublikowany 2015/08/10

Jedyne, co robiło i robi nadal na mnie wrażenie - to dzień premiery, którego nienawidzę! To najobrzydliwszy dzień w moim życiu. To jest po prostu dla mnie tortura- to sprawdzenie się i czekanie na efekt. W dniu premiery rzeczywiście bywam domu nieuważny.  Potrafię nawet coś niechcący zbić. Jestem wtedy rozdrażniony, lekko znerwicowany. To jedyny moment, gdy teatr trochę zahacza o dom, o prywatne życie. Na szczęście potem to mija.

KRZYSZTOF KOWALEWSKI

 

 

WSPOMNIENIA MOJEJ MŁODOŚCI cz.VIII

 

T.G. – Przygotowując się do wywiadu, wydawcy często proszę mnie, abym zapytała aktora o jego wpadki sceniczne. Panu zdarzyła się jakaś wpadka? Co Pan robi, gdy na przykład zapomni tekstu?

K.K. – Naturalnie, że raz, na jakiś czas, każdemu z nas to się zdarza. Pewien stary sufler nauczył mnie, że nigdy nie wolno wpadać w panikę, bo to pogarsza tylko sytuację. Krew uderza wtedy do mózgu, bębenki słuchu ulegają przekrwieniu i mogą strzelać z armaty, a ty i tak nic nie usłyszysz. Po tylu latach praktyki próbujemy się jakoś ratować.

T.G. – Mój profesor Aleksander Bardinii powtarzał wielokrotnie, że aktor musi grać niezależnie od okoliczności, jakie go w życiu spotkały: pogrzeb, wypadek, jakaś strata….

K.K. – Przeżyłem taką sytuację, gdy zmarła moja matka. Dyrektor administracyjny Teatru Polskiego Andrzej Krasicki taktownie spytał -czy mogę grać czy ma odwołać przedstawienie? Z pełną świadomością odpowiedziałem: Chcę grać. Podczas tych dwóch godzin na scenie, mogłem odciąć się od tej tragedii.
 
T.G. – Ale zapewne nie było to łatwe…?

K.K. – Gdy aktor wchodzi na scenę, nic innego nie istnieje. Nic z zewnątrz nie ma prawa człowieka dręczyć i rozpraszać. Dopiero, gdy zamilkły brawa i wszedłem do garderoby wszystko wróciło…żal, dramat, tragedia.

T.G. – A teraz… Kończy Pan próbę, spektakl wraca do córeczki, do żony, do domu…. Odcina się Pan kompletnie od życia zawodowego?

K.K. – Raczej tak. Jedyne, co robiło i robi nadal na mnie wrażenie - to dzień premiery, którego nienawidzę! To najobrzydliwszy dzień w moim życiu. To jest po prostu dla mnie tortura- to sprawdzenie się i czekanie na efekt. W dniu premiery rzeczywiście bywam domu nieuważny.  Potrafię nawet coś niechcący zbić. Jestem wtedy rozdrażniony, lekko znerwicowany. To jedyny moment, gdy teatr trochę zahacza o dom, o prywatne życie. Na szczęście potem to mija.

T.G. – Zdarzyło się Panu kiedykolwiek nie dojechać na plan filmowy?

K.K. – Zdarzyło i było nawet dosyć zabawnie. Jeździłem wtedy codziennie do Łodzi na plan jednego z seriali młodzieżowych. Kręcił go Janusz Łęski. O 6.00, rano zwykle byłem już na dworcu i wsiadałem mechanicznie, zaspany do pociągu, jak w kieracie. I tak codziennie. Pewnego dnia, jak zawsze wsiadłem i pociąg ruszył. Nagle popatrzyłem przez okno i myślę: Cholera nie te domy, nie ten pejzaż, no, nie te sprzęty. Coś do dupy jest. Wszedł konduktor, więc pytam:
– Czy ten pociąg jedzie do Łodzi?
 – Skąd- odpowiada konduktor.-  Do Krakowa.
W pierwszej chwili nie mogłem w to uwierzyć. Ale, jak trochę dłużej pomyślałem uświadomiłem sobie, że przecież te pociągi zawsze stały obok siebie. Do dziś nie wiem, co mi się stało? Czy byłem tak zmęczony, że na peronie pomyliłem kierunki. Poszedłem w lewo, zamiast w prawo.

T.G.- I co? Pojechał Pan do Krakowa?

K.K. – Wysiadałem na najbliższej stacji w Radomiu. Należy pamiętać, że w tamtym czasie nie było jeszcze komórkowych telefonów, ale znalazłem jakiś aparat na dworcu i zadzwoniłem do produkcji. Nie kłamałem. Powiedziałem, że wsiadłem nie do tego pociągu, co trzeba  i, że jestem w Radomiu.  Zapytałem: Co mam robić?  Wziąć taksówkę? Czy poczekać na ich transport? A w słuchawce słyszę śmiech:
 – Dobra, dobra panie Krzysiu, prima aprilis!
A to zdarzyło się właśnie 1 kwietnia. No, więc dalej już śmiertelnie poważnie tłumaczę, że to nie żart!
- Jak Boga kocham! Naprawdę jestem na dworcu w Radomiu!
 Wreszcie uwierzyli i kazali mi wziąć taksówkę. Akurat trafiła mi się Wołga. Wsiadłem i zdenerwowany całą drogę popędzałem kierowcę:
 – Panie, szybciej, w Łodzi czekają na mnie na planie filmowym… Ale facet, jakby ogłuchł. Jechał 40, 50 kilometrów na godzinę. Jezu- myślałem. Za chwilę zwariuję! A on po prostu był taki skrupulatny i przestrzegał przepisów nawet, jak nie trzeba było.

T.G – Lubi Pan szybką jazdę?

K.K. – Szybko to prowadzę wyłącznie na autostradzie. W mieście, czy na normalnych polskich drogach nie mamy specjalnie wyboru. Znaczy, mamy…. Można po prostu zabić się, ale mnie na tym specjalnie nie zależy.

T.G. – Często płaci Pan mandaty?

K.K. – Niedaleko mojego domu jest taki żółty słup- fotoradar i już trzy razy nadziałem się na niego. Teraz, za każdym razem, gdy przejeżdżam i zwalniam to pokazuję im gest Kozakiewicza… i  zastanawiam się: czy to widzą…? Ale chyba nie. Jeżdżę  z prędkością, jaką nakazują.

T.G. – Ale chyba tak popularnemu aktorowi , jak Pan nie wlepiliby mandatu? A tak w ogóle…. Udało się Panu coś załatwić dzięki rozpoznawalnej twarzy?

K.K. – W komunizmie, to oho…! W Besarze, tak się ta firma chyba wtedy nazywała załatwiłem klozet. Akurat budowałem wtedy dla siebie i swojej ówczesnej partnerki-  Ewy Wiśniewskiej segment, a wiadomo, że w komunie nic nie można było kupić. Boże- co to były za czasy?!. Dziś, nie do pomyślenia! Dzisiaj byle tylko mieć pieniądze i wszystko można mieć. Ale wtedy, ile się człowiek nabiegał i potem, jak się cieszył z załatwionych kraników i kafelków. Głupia armatura- to już był szczyt szczęścia. Nic nie można było kupić. Nic! Załatwiało się na tak zwaną gębę. Zawsze się na spektakl zapraszało. Najlepsze były te baby… panie kierowniczki sklepów mięsnych. Obiecywało się bilety na przedstawienie, a one:
 - Panie, ja tam nie mam czasu, gdzie ja tam do teatru.
 Człowiek nie reagował, bo mięcho załatwiał!

Dawne, niezrozumiałe dziś dla młodych czasy.
Miało się wrażenie ołowianych chmur nad głową, ciężkich i przygniatających. Poczucie trwania w beznadziei i wiecznie szarym kolorze dnia. A jednak ludzie byli inni dla siebie. Ludzcy bardziej. Rozumieli jeden drugiego. Jechali donikąd, na jednym wózku. Trzymali się razem. Nie było, aż takiego podziału na biednych i bogatych. Nie istniał cynizm, wyrachowanie i oszustwo na tak wielką skalę. Niejednokrotnie moi rozmówcy uśmiechają się na wspomnienie tamtych lat PRL-u. Nie było może radośnie, ale czasem wesoło, wesoło, że wściec się można było! Wściec i pić, żeby przetrwać, żartować, aby nie zwariować, kombinować po to by istnieć.

 Uff, przeminęło z wiatrem…I siedzimy blisko, starszy aktor, młodsza aktorka, zatopieni w tamten czas, myślimy chyba na jeden temat. Bo doświadczenia z tego okresu mamy podobne. Smutno- wesołe, gorzko-słodkawe. Bogate jednak i pełne, jak drabiniasty wóz naładowany wszystkim, co udało się zebrać z pola w „raju reżimu”.

T.G. – Angażuje się Pan teraz w politykę?

K.K. – Czynnie nie. Ale, śledzę, obserwuje. Co prawda ze zgrozą, ale jednak….. Systematycznie słucham wiadomości. Niektórych facetów z PiS-u nie mogę słuchać. Gadają wciąż to samo, wtedy wyłączam głos. Mówią tak, jakby przedrzeźniali siebie. Jeden facet powtarza to, co mówił poprzedni i to tak krąży w zamkniętym obiegu gówna.

T.G. – Jak Pan myśli…. Czy dzisiaj  istnieje partia, na którą Polacy mogliby w pełni liczyć, zaufać jej, postawić na nią, zagłosować w kolejnych wyborach?

K.K. – W pełni? Pani żartuje ! W tej chwili? Nie ma takiej partii!  W Platformie Obywatelskiej czyli naszej partii rządzącej zakotłowało się ostatnio, bo zajęli się tylko sobą. Ta zręczność, czy też niezręczność polityczna idzie w innym kierunku, niż rządzenie. Ale poczekajmy… Mamy jeszcze rok… Zobaczymy do czego to doprowadzi? Z Hanną Gronkiewicz - Waltz też postąpiono przedwcześnie z jej odwoływaniem. Trzeba zaczekać do końca jej kadencji, żeby zobaczyć, co udało się jej skończyć. Zaczęła dużo.  Może za dużo wzięła na siebie, ale to kiedyś i tak musi zostać zrobione, bo inaczej ten gnój w mieście nadal będzie. Ten cały burmistrz Ursynowa to jest chytry lisek, który raczej o sobie myśli i wybrał moment, a także sposób na wypromowanie swojej osoby.

Cdn...

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?