Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Krzysztof Kowalewski cz. 9

Opublikowany 2015/08/17

O, w komunizmie, tak nie było! Gdy „grały” pomarańcze, banany i winogrona, to w czasie przerwy rekwizytorzy stali przy tych paterach z owocami i pilnowali, bo ludność była żarłoczna! Zarówno aktorzy i statyści bardzo chętnie by uszczknęli co nieco z tych przecież unikatowych wtedy owoców. Nie mogło przecież tak być , że była kiść bananów, a na ujęciu został jeden. A tak przecież się zdarzało. Potem trudności z montażem, bo jak to zmontować. A w Potopie, gdy była uczta u Radziwiłła i te mięsiwa i ptaki na stołach pokazywano – to wszystko zostało polane formaliną. Nie było widać tej formaliny, ale smród był taki… Wszystko po to, żeby nie dotykać. A, jak już ktoś z aktorów musiał jeść w scenie, to oddzielnie przynoszono mu kawałek kurczaka, czy czegoś tam. Tę jedną scenę kręciliśmy kilka dni, więc w miarę upływu czasu, to trzeba było naprawdę dobrze grać, bo na tych stołach coraz bardziej śmierdziało.

KRZYSZTOF KOWALEWSKI

 

 

WSPOMNIENIA MOJEJ MŁODOŚCI cz.IX

 

T.G. – Dobra zostawmy tą cholerną politykę. I tak w końcu pozabijają się… Jak nie niejedni- to drudzy. Nie mają swoich garderób, to będą się tłuc w Sejmie. A propos garderoby…

 Co teraz robią aktorzy w garderobie? Pamiętam, jak pracowałam w „Komedii” to -My, aktorki pokazywałyśmy sobie cycki…

 

K.K. –Faceci nie pokazują sobie cycków, ani niczego innego. Tego nie zanotowałem. Siedzą i siedzą…. Raz jest ciekawie, drugi raz mniej ciekawie. Żarty się opowiada. Albo ze sceny przynosi się ostatnie zdarzenie…..

 

T.G. – Na przykład jakie..? Robicie sobie na scenie kawały?

 

K.K. – Jurek Dobrowolski kiedyś zrobił mi kawał. Mieliśmy wspólną, dosyć długą scenę. To było w sztuce Ciemny Grylaż, on grał ministra, a ja redaktora naczelnego. Gramy, gramy, a ja widzę, że przyczepiło mu się coś do kostiumu. Taka niby nitka… Pomyślałem, że to taki paroch i jako minister nie powinien tego mieć , więc chwyciłem, aby to zdjąć, a to zaczyna się ciągnąć. Dłużej i dłużej…. To była taka nitka zainstalowana, którą mogłem ciągnąc i ciągnąć bez końca. Wreszcie urwałem tę nitkę i dograliśmy do końca. Ale satysfakcje miał.

 

 Boże, jakże dawne czasy! Grubo ponad ćwierć wieku temu miałam okazje oglądać w warszawskim teatrze Rozmaitości sztukę Ciemny grylaż i wspomnienia ze spektaklu do dzisiaj są żywe. Bawiłam się do łez na tej komedii, a Krzysztof Kowalewski wprost publiczność porywał. Zresztą waliło się na spektakl drzwiami i oknami, bo świetnie obnażała absurdy PRL – u. Co ciekawe komedię napisaną przez Jerzego Dobrowolskiego i Stanisława Tyma oparto na sztuce rumuńskiego dramaturga Aurela Barangi, ale tak sprytnie przetransponowano na rodzimy grunt, że nikt by nie pomyślał, iż pierwowzór pochodzi z Rumunii. Kolejną ciekawostką wartą odnotowania jest sama postać redaktora naczelnego Pelicanu kreowana przez Krzysztofa Kowalewskiego. Śledząc dokonania artysty nie mogłam oprzeć sie wrażeniu, że dyrektor Krzakoski z komedii Barei, Co mi zrobisz jak mnie złapiesz, to ten sam naczelny Pelicanu, jakiego widziałam na deskach teatru. Te miny, odzywki, prześmieszne reakcje, sposób mówienia, poruszania się! Wiele z charakteru dyrektora Pol Primu z filmu Barei przylgnęło do aktora i z powodzeniem to później na scenie wykorzystał! A zresztą, …czemu tu się dziwić? Szefowie, prezesi, dyrektorzy, naczelni zawsze i wszędzie są tacy sami! Ale nigdy tak śmieszni, jak ci, sportretowani przez Krzysztofa Kowalewskiego.

 

T.G. – A Panu zdarzyło się  ‘ugotować” czyli rozśmieszyć partnera na scenie?

 

K.K. – Tak, ale istnieje pewna zasada. Jeśli jest to zdarzenie przypadkowe, to jest bardzo silne. A starania, żeby kogoś rozśmieszyć, bardzo rzadko się udają. Trzeba to zrobić niezwykle zręcznie. Najsilniejsze są przypadki, zupełnie niezamierzone. Tak, jak mnie w Tangu złe krzesło dali, które się pode mną rozpadło. I zjechałem po ścianie. A moi koledzy niemal histerii ze śmiechu dostali, gdy zobaczyli jak siedzę w tych zgliszczach.

 

T.G. – Na ogół w filmie, w scenach tzw. żarcia- jada się prawdziwe potrawy… Aktorzy pewnie mogą się wtedy najeść do syta?

 

K.K. – O, w komunizmie, tak nie było! Gdy „grały” pomarańcze, banany i winogrona, to w czasie przerwy rekwizytorzy stali przy tych paterach z owocami i pilnowali, bo ludność była żarłoczna! Zarówno aktorzy i statyści bardzo chętnie by uszczknęli co nieco z tych przecież unikatowych wtedy owoców. Nie mogło przecież tak być , że była kiść bananów, a na ujęciu został jeden. A tak przecież się zdarzało. Potem trudności z montażem, bo jak to zmontować. A w Potopie, gdy była uczta u Radziwiłła i te mięsiwa i ptaki na stołach pokazywano – to wszystko zostało polane formaliną. Nie było widać tej formaliny, ale smród był taki… Wszystko po to, żeby nie dotykać. A, jak już ktoś z aktorów musiał jeść w scenie, to oddzielnie przynoszono mu kawałek kurczaka, czy czegoś tam. Tę jedną scenę kręciliśmy kilka dni, więc w miarę upływu czasu, to trzeba było naprawdę dobrze grać, bo na tych stołach coraz bardziej śmierdziało.

 

Aktor sam wraca pamięcią do ekranizacji trylogii. A może pokusić się o tak modną dzisiaj formę rankingu na temat wcieleń w postać Zagłoby? Pobawić się w krytyka i recenzenta? Wszak wszystkie te trzy części dzieła Henryka Sienkiewicza reżyserował ten sam reżyser Jerzy Hoffman i w trzech filmach trójka aktorów zagrała tę samą postać z kart sienkiewiczowskiej epopei. Zagrali zupełnie inaczej. Byli to Mieczysław Pawlikowski, Kazimierz Wichniarz i Krzysztof Kowalewski. Każdy z nich dodał coś swojego do roli i potraktował bohatera odmiennie.

Mieczysław Pawlikowski w Panu Wołodyjowskim przedstawia swojego Onufrego Zagłobę, jako ciepłego, serdecznego i przyjacielskiego swata i jego rola dramaturgicznie właściwie kończy się, gdy doprowadza do związku małego rycerza z Basią. Potem stanowi wyłącznie barwne tło, ale zbyt wielkiej uwagi reżyser mu nie poświęca, co zresztą zgodne jest z duchem powieści. Najczęściej oglądamy go w pozycji siedzącej, z nieodłącznym pucharkiem w dłoni i jasnym uśmiechem. Fakt, pojawia się, jako dobrotliwy, nieco sentymentalny i przyjazny szlachcic, staruszek bardzo do świata nastawiony życzliwie.

Z kolei Kazimierz Wichniarz w Potopie prezentuje się, jako najbardziej myślący i roztropny pijus, w miarę rubaszny, w miarę sprytny, ale nadmiernie podkreślający na każdym kroku swe patriotyczne ciągoty. Tu położono akcenty na intelektualne walory postaci, bowiem Kazimierz Wichniarz zagrał chyba najbardziej „kulturalnego” Zagłobę. I w sumie pojawia się tylko w sytuacjach kluczowych, jest go jak na ponad 5 godzinny film niewiele, przyćmiewają go inne postacie z Kmicicem na czele

 A Krzysztof Kowalewski jest Janem Onufrym Zagłobą w Ogniem i mieczem… najskuteczniejszym! Cwanym i rycerskim. Przebiegłym i energicznym, rozhulanym i dziarskim, gdy trzeba. Może nie przedstawia nam się, jako zbytni patriota i filozof, wiecznie obmyślające fortele, ale jest bohaterski, kiedy nie ma innego wyjścia i ostrożny, by nie rzec tchórzliwy, gdy nie musi niepotrzebnie łba nadstawiać. Krzysztof Kowalewski jak w soczewce skupił w tej roli wszystkie złe i dobre cechy opasłego szlachcica, chyba nawet przejął wiele żywiołu od małego rycerza, który w Ogniem i mieczem w interpretacji Zbigniewa Zamachowskiego jest najbardziej speszonym Panem Wołodyjowskim ze wszystkich ekranizacji trylogii.

 Zagłoba w wykonaniu Krzysztofa Kowalewskiego ma zresztą tutaj najwięcej do zrobienia. Cały wątek oswobodzenia i ucieczki Heleny to przecież On. On, wierny, męski, który jak sam powiada „nie znał wcześniej swojego męstwa” urasta do rangi prawdziwego bohatera. Ale bez patosu, zbędnej dydaktyki, okrasza to humorem, celnymi uwagami, pijackim rechotem. Nie jest jednak groteskowy, ani karykaturalny. Jest ludzki. Ma mniej ciepła niż Mieczysław Pawlikowski, nie stara się być Onufrym Zagłobą w rubasznie dekoracyjny sposób jak Kazimierz Wichniarz, ale on najwięcej się stara, bije, pije, ucieka, knuje – jednym słowem działa, jest potrzebny wszędzie i zawsze jest go pełno.

Po premierze Ogniem i mieczem na film spadły gromy krytyki. Nawet nieodżałowany Zygmunt Kałużyński pokusił się o ryzykowne i prowokacyjne stwierdzenie, że włoska adaptacja filmowa Ogniem i mieczem z 1963 roku jest lepsza od tej wersji Jerzego Hoffmana.

Oj, niefortunna wypowiedź cenionego filmoznawcy! Długo widzowie będą to pamiętać. Przypominając sobie włoskie”dzieło”, będące w gruncie rzeczy tragiczną pomyłką scenarzysty i reżysera powinniśmy je traktować, jako komedię, z łagodnym przymrużeniem oka. Bohaterowie chodzą w mundurach węgierskich huzarów, Skrzetuski wygląda jak malowana lala, z Sienkiewicza pozostało tylko kilka głównych postaci, ale wątki są tak zmienione, że nawet nie można mówić o adaptacji książki Sienkiewicza, raczej o filmowym gigancie pseudohistorycznym, opartym na osnowie pierwszej części trylogii. Bohun jest potraktowany marginesowo, Rzędzian nie istnieje, Zagłoba ginie…Uff! Komedia? Chyba niezamierzona parodia. A właśnie, Zagłoba. Zagrał go w tym włoskim gigancie ceniony, drugoplanowy, ormiański aktor Akim Tamiroff. I wydaje mi się, że paradoksalnie, bezwiednie Krzysztof Kowalewski wziął od niego najwięcej. Ową rycerskość, ten zawadiacki ton! Przecież w gruncie rzeczy i to Sienkiewicz w trylogii mocno akcentuje, że Zagłoba jest przed wszystkim rycerzem, a potem wszystko inne. I taki właśnie jest Krzysztof Kowalewski, jako Zagłoba. Trop okazał się słuszny. W moim prywatnym, subiektywnym rankingu, aktor wcielający się w tę postać jest na pierwszym miejscu.

Cdn...

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?