Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Zygmunt Broniarek: Okiem światowca

Opublikowany 2015/09/14

Kiedyś słynny karykaturzysta Szymon Kobyliński zjechał mnie od sto do głów, ponieważ w felietonie pomyliłem powiedzenie „po mieczu” i „po kądzieli”,  a chcąc być super dowcipny napisałem „po pochwie” i „po kądzieli” .śmiał się z tego Prutkowski, a ja chcąc się zemścić powiedziałem: Taki z ciebie rymopis, to może byś wymyślił rym do :”Po pochwie”. będąc przekonanym, że mu na poczekaniu się to nie uda. A on natychmiast: „Po pochwie? To jeden tylko Włoch wie”

ZYGMUNT BRONIAREK- OKIEM ŚWIATOWCA… lekko przymrużonym

MAŁY WIELKI CZŁOWIEK

 

 Kiedyś słynny karykaturzysta Szymon Kobyliński zjechał mnie od sto do głów, ponieważ w felietonie pomyliłem powiedzenie „po mieczu” i kądzieli, a chcąc być super dowcipny napisałem „po pochwie i po kądzieli” śmiał się z tego Prutkowski, a ja chcąc się zemścić powiedziałem: Taki z ciebie rymopis, to może byś wymyślił rym do: „Po pochwie”. będąc przekonany, że mu na poczekaniu się to nie uda. A on natychmiast skomentował:: „Po pochwie? To jeden tylko Włoch wie”

To fragment z książki mojego już niestety św.p. serdecznego przyjaciela ZYGMUNTA BRONIARKA – OKIEM ŚWIATOWCA.

Zanim odniosę się do książki, w której również miałam zaszczyt być odnotowana wśród takich osobowości świata jak: Książe Karol, Królowa Elżbieta i cała ówczesna bohema życia Zygiego ( dla przyjaciół)- w jakiej się obracał: ambasadorów, polityków, artystów i dziennikarzy opowiem, jak się poznaliśmy.

Była połowa roku 1991 r. Rok wcześniej skończyłam Wydział Dziennikarstwa na UW w Warszawie i otworzyłam przewód doktorski. Akurat ogłoszono konkurs na redaktora naczelnego do nowo tworzącego się miesięcznika, więc postanowiłam spróbować: A co mi tam. Do odważnych świat należy. Rekrutacja odbywała się w dawnym hotelu FORUM, przybyło na nią kilkadziesiąt osób, ale o dziwo dr Dariuszowi Cecudzie i Panu Tadeuszowi Tarkowskiemu moja koncepcja pisma  przypadły do gustu.  Pismo przyjęło nazwę HIGH LIVE, a redakcję umieszczono, w mojej ówczesnej firmie GARMOND w  blaszanych pomieszczeniach biurowych przy ul. Zwierzynieckiej, niedaleko Gagarina. Tam właśnie moja zastępczyni Hania Grzegrzółka pewnego dnia zaprosiła słynnego Zygmunta Broniarka.

Do dzisiaj pamiętam to spotkanie, ponieważ jako świeżo nieopierzona dziennikarka bardzo je przeżywałam i pierwsze pytanie jakie zadałam dotyczyło finansów. Na co usłyszałam: „Finanse nie są ważne, jeśli pracuje się pod tak pięknym szefem.” J

Rozpoczęła się praca…

Teresa Gałczyńska, Zygmunt BroniarekTeresa Gałczyńska, Zygmunt BroniarekDziennikarze sprawiali się różnie, ale nie Zygmunt. Zawsze przed terminem, z uśmiechem na twarzy przynosił swój tekst. Niestety po 2 miesiącach nasi wydawcy stwierdzili, że nie mają kasy i to ja mam zapłacić dziennikarzom , skoro ich zatrudniłam. W tym czasie balowali w Niemczech. Po małej awanturze  i prezencie, który mi przywieźli po powrocie ( rajstopy oddane następnie przez mnie sekretarce)  oświadczyli, że nie zamierzają wypłacić nam pensji i pokryć honorariów autorskich. Wśród współpracowników, prócz Zygmunta były jednak takie osoby jak: Lucjan Kydryński, Barbara Pietkiewicz, Agnieszka Osiecka, Jerzy Antkowiak ( ówczesny szef Mody Polskie). Wiedziałam, że jeśli im nie zapłacę- stracę twarz. Nie zastanawiając się długo zwołałam cały zespół na godz, 20.00 do redakcji, wcześniej wypłacając 3.000 dolarów z prywatnego konta, które zamieniłam na złotówki.  Gdy wszyscy zgodnie pojawili się, najpierw uregulowałam zaległości po czym oświadczyłam, że zmieniamy wydawcę podając ww argumenty. Aby uniknąć konsekwencji prawnych poprosiłam każdą z osób o napisanie oświadczenia, że rezygnuje z pracy, a następnie podpisaliśmy nowe umowy, z nowym tytułem  ( tytuł- nazwa zawsze jest przypisana do wydawcy). Trochę niefortunnie- bo nazwę w nocy ok. 2.00- zaczerpnęliśmy z jednej, z wiszących na ścianach reklam. Tak powstało COLLECTION.

Wspólnie Hanią w ciągu miesiąca znalazłyśmy bogatą firmę SONPOL, która zdecydowała się być naszym wydawcą i przenieśliśmy się do ekskluzywnego biura przy ul. Bitwy Warszawskiej. Niestety sielanka nie trwała długo, bo niespełna 1,5 roku, ponieważ nasi wydawcy- zresztą bardzo zacni- mieli jakieś nieporozumienie prawne i trafili do aresztu, a redakcję zamknięto.  Gdy piliśmy pożegnalnego szampana nikt, nikt z byłych już współpracowników już się nie pojawił. Nikt prócz JEDNEGO- Zygmunta. Przyszedł z butelką zacnej Whisky i zapytał  mnie i moją zastępczynię czy mamy z czego żyć, bo może potrzebna jest pożyczka. Było to zacne nawet, jak na tamte czasy, bo dzisiaj taka sytuacja jest niewyobrażalna.

 Rzadkością było również to, że właściwie dopiero od czasu, gdy przestałam być redaktorem naczelnym zaprzyjaźniliśmy się tak naprawdę z nim i jego żoną Elżbietą. Zygi pisał o mnie artykuły…  i zabierał na konferencje i bankiety, na które z racji utraconej funkcji nie dostawałam już zaproszeń. Bywałam u nich w domu przy ul. Nomen –omen- Gałczyńskiego.

 

Zastanawiałam się, co mam napisać o tej książce OKIEM ŚWIATOWCA …lekko przymrużonym, ale nic poza tym, że jest swoistą encyklopedią przeżyć i faktów Zygmunta- nie przychodzi mi do głowy. Są w niej jego podróże, ludzie- których napotykał na swojej drodze będąc korespondentem BIAŁEGO DOMU. Jest tam wszystko nawet COLLECTION.

Myślę więc, że na nic tu moje słowa…

To nie tylko wypada, to należy po prostu przeczytać.

 

Teresa Gałczyńska

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?