Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Jak bardzo może boleć?

Opublikowany 2015/06/29

Mój sposób patrzenia na świat uległ zmianie. Ludzie, którym kiedyś ufałam, stali się zagrożeniem. Każdy dzień rozpoczynał się od udręki. Lustro pokazywało żałosny wizerunek kogoś, kto stracił godność.

Niby tylko mała chwila z życia, a tak wiele zmieniła. Mój sposób patrzenia na świat uległ diametralnej zmianie. Nagle ludzie, którym kiedyś można było ufać, stali się zagrożeniem. Każdy dzień rozpoczynał się od udręki otwierania oczu i budzenia świadomości, która jest przechowalnią na traumy. Lustro pokazywało żałosny wizerunek kogoś, kto stracił godność.

 

 

Przyjechałam do Warszawy pociągiem pośpiesznym, zaraz po osiągnięciu pełnoletniości, w lecie. Moja sytuacja rodzinna była niezbyt sprzyjająca dla młodej niepokornej dziewczyny, jaką byłam. Jedno z moich rodziców ma problem alkoholowy i bardziej niż rodzinę kocha wódkę. Wiąże się z tym również brak umiejętności kontrolowania agresji. Dostawałam w dupsko – i nie tylko, ale się nie skarżę. Mimo wszystko odebrałam całkiem ludzkie wychowanie, które udobitniam obecnie mocnym charakterem. Nie była to żadna ucieczka – po prostu czułam, że nadszedł czas, by wziąć życie w swoje ręce i wypłynąć na szersze wody, niż te, które do tej pory były w moim zasięgu. Dostałam pracę w jednej z mokotowskich restauracji. Zarobki były całkiem dobre – głównie dzięki otrzymywanym napiwkom. Naukę zamierzałam kontynuować już w stolicy – nie chciałam wracać do Katowic – skąd pochodzę. Wynajęłam kawalerkę na dolnym Mokotowie,  na strzeżonym osiedlu – czułam się więc bezpiecznie. Latem dzień jest dłuższy, więc spacerowałam po stolicy do późnych godzin nocnych, zapoznawałam się z najbliższym otoczeniem, jak i z tym dalszym, czym dawałam upust swojej ciekawości. Ludzie byli z reguły mili, nie mogłam więc potwierdzić krążących po Polsce mitów o Warszawiakach. Choć pewnie i oni – tak jak ja – byli „napływowi”. Przyzwyczajałam się do miejsca zamieszkania, sumiennie pracowałam – czasem po kilkanaście godzin na dobę. W restauracji organizowane były różnego rodzaju uroczystości trwające nieraz do późnych godzin nocnych. Mieliśmy też dużą rotację personalną, z reguły jednak kelnerkami były dziewczyny w moim wieku, bądź też odrobinę starsze. Nie było jednak szansy na bliższe zapoznanie, miałyśmy mnóstwo pracy i nieoficjalną, choć namacalną „rywalizację” o napiwki. Często wracałam późną nocą do wynajmowanego mieszkania, nie miałam daleko – trochę ponad dwa kilometry. Czasem udawało mi się zdążyć na ostatni autobus, który odchodził kilka minut przed północą. Miałam wtedy pełen komfort – byłam bowiem „dostarczana” wprost pod bramę osiedla. Zapoznawszy się z kilkoma osobami z zamieszkiwanego przeze mnie bloku, przyjmowałam zaproszenia na squash’a, na basen, stałam się bardziej towarzyska niż kiedykolwiek wcześniej, a – co za tym idzie – bardziej pewna siebie. Miało to również przełożenie na moje zarobki w restauracji – wraz z większym „otwarciem” na klientów, pojawiły dużo więcej niż symboliczne napiwki.  W restauracji poznałam mężczyznę z którym poszłam na pierwszą randkę. Potem zaczęliśmy się regularnie spotykać i mieliśmy wspólne plany na przyszłość. Prosił, abym zrezygnowała z pracy, ale chciałam być chociaż teoretycznie niezależna. Taka opcja bezpieczeństwa „na wszelki wypadek”.  Idylla trwała aż do zimy.

 

Ja się tylko trochę pobawię

 

Zamieszkałam razem z A w centrum. Wprowadziłam się do jego 60-metrowego mieszkania. Ciągle pracowałam w tej samej restauracji, chociaż z napiwkami było różnie. Zrobiło się zimno, a w październiku spadł pierwszy śnieg, który oczywiście zaskoczył kierowców, bo śnieg właśnie to ma w zwyczaju. A zazwyczaj zapewniał mi transport, chyba, że akurat miał jakąś delegację w głębsze czeluści Polski. Wtedy wracałam autobusem, przezwyciężając własną chorobę lokomocyjną, która coraz mocniej dawała mi się we znaki. W styczniu wypadła w restauracji impreza do późnych godzin wieczornych. Straciłam poczucie czasu – nie patrzyłam w końcu ciągle na zegarek. Szykując się do wyjścia zauważyłam, że rozładował mi się telefon, uznałam jednak, że na zewnątrz na pewno będzie jakaś wolna taksówka, która odwiezie mnie prosto do domu. Niestety – wyszedłszy, z pewnym zdenerwowaniem zauważyłam, że nie ma żadnych taksówek w okolicach restauracji. Czasem potrafiły tak stać godzinami, a w opisywanej chwili – nic, zero. Mając rozładowany telefon nie mogłam też zadzwonić do żadnej z korporacji, żeby mi przysłali samochód. Nie miałam innego wyjścia – musiałam pójść piechotą na przestanek autobusowy i zorientować się, czy mam szansę trafić na autobus nocny. Po skontrolowaniu rozkładu jazdy okazało się, że na najbliższy autobus musiałabym czekać prawie godzinę. Było bardzo zimno i stwierdziłam, że podczas marszu nie zmarznę tak bardzo jak podczas stania i czekania na ten nieszczęsny autobus. Miałam również nadzieję, że z mroku nocy wyłoni się jakaś taksówka, ratując mnie z opresji kilkukilometrowego marszu nocą po stolicy. Zdarzyło się jednak coś zupełnie innego.

W okolicach jednego z mokotowskich parków zostałam napadnięta. Na początku poczułam mocne uderzenie w głowę, nie straciłam jednak przytomności. Ktoś zasłonił mi usta i zaciągnął w gęstwinę obsypanych śniegiem roślin. Tam zostałam zgwałcona po raz pierwszy. Usłyszałam, jak oprawca mówił do mnie zdyszanym głosem „ja się tylko trochę pobawię”. Potem powalono mnie na ziemię i zgwałcono po raz drugi. Krzyczałam i obrywałam w twarz za to, że wydaję z siebie dźwięki. Czułam jak z nosa ciekła mi stróżka ciepłej, gęstej krwi. To, co pamiętam najbardziej, to ból. Może ludzie myślą, ze w trakcie gwałtu boli tylko krocze. Nie. Boli całe jestestwo. Okrucieństwo zadawane członkom ciała pozostaje w kobiecie na długo, żeruje na jej wrażliwości, niszczy więzy międzyludzkie, wyżera ją od środka. Scena z koszmarów stała się moim udziałem. Nieproszona, niechciana, ale niestety prawdziwa.

Najprawdopodobniej straciłam przytomność, pamiętam bowiem, jak się ocknęłam. Leżałam na śniegu z rozwalonym rozporkiem,  ze zsuniętymi do kolan spodniami i bielizną, w ustach miałam krew. Każdym ruchem zadawałam sobie ból, ale musiałam wstać, musiałam wrócić do domu. Nie chciałam zamarznąć, wolałam nałykać się tabletek. Bolało. Początkowo sunęłam stopami po śniegu zgięta w pół, ponieważ z bólu nie mogłam się wyprostować. Czułam, że krwawię stamtąd. Potem szłam już na czworaka, sunęłam kolanami, nabierałam śniegu do ust, chciałam bowiem uśmierzyć ból. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że wybito mi dwa zęby.

Z wielkim trudem na piechotę dotarłam do domu. Było pusto – A wyjechał, miał bowiem jakąś delegację, która miała potrwać do następnego wieczora. Pierwsze co zrobiłam, to rozebrałam się i przemoknięte ubrania wrzuciłam do kosza na śmieci. Usiadłam w brodziku i wypłukiwałam rozpaćkaną na udach krew. Przerażona nie potrafiłam nawet płakać. Skapywały mi z oczu jedynie łzy i gubiły się w strugach lejącej się wody. Bałam się oglądać szkody jakich doznałam pomiędzy nogami, czułam jednak, że zadana mi agresja rozwaliła mi krocze.

 

Poznałam jak bardzo może boleć.

 

Kiedy A wrócił z delegacji, wytłumaczyłam mu brak dwóch zębów bójką w pracy. Wymyśliłam, że walka z koleżanką o napiwki – dotychczas słowna, przybrała formę fizyczną. Nie powiedziałam mu o gwałcie. Ze wstydu. Nie mogłam go wtajemniczyć, mężczyźni nie szanują zgwałconych kobiet. Wzbraniałam się również przed jakąkolwiek bliskością. W ostatecznym rozrachunku rozwaliło to nasz związek.

Dziś minęły już cztery lata od tych zdarzeń, a dla mnie są nadal świeże. Pomimo, że mocno przytłumione, stanowią część mojej historii. Wstydliwej, brudnej, wstrętnej. Nigdy nie zgłosiłam tego zdarzenia policji. Wolałam cierpieć w milczeniu, niż w grupce ludzi przeżywać to ponownie i odpowiadać na pytania w stylu „co czułaś, kiedy ci to robił”? „Czy na pewno go nie sprowokowałaś”? „Myślisz, że zrobił to bez powodu”? „A może tego chciałaś, a teraz się rozmyśliłaś”? Dziękuję tylko Bogu, że przeżyłam. Chociaż wtedy tak naprawdę chciałam umrzeć.

Nie umiem ufać ludziom, nie potrafię zapomnieć, ale próbuję z tym żyć. Przed autodestrukcją ratuje mnie poczucie humoru, dystans, rozsądek. Znalazłam cel w życiu, kształcę się, chcę spełniać marzenia, ponieważ ich nikt mi nie jest w stanie zabrać.

 

Wysłuchał: Daniel Giń

Nasza czytelniczka prosiła o anonimowość. Nie podajemy jej danych i nie publikujemy zdjęcia.

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?