Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Jedno, czego mi żal... to że nigdy już nie zatańczę

Opublikowany 2015/09/25

Jechaliśmy samochodem. Nagle pękła przednia opona, wpadliśmy pod  TIRA, odbijając się od niego zderzyliśmy się z dwoma osobowymi samochodami. Mężowi nic się nie stało. Ja złamałam kręgosłup, potem nastąpił paraliż. W wieku 20- kilku lat, znalazłam się na wózku inwalidzkim. Jedyne czego mi żal- to, że nigdy już nie zatańczę.

 

 Wioletta Warnke (64 l.)Wioletta Warnke (64 l.)

Po wypadku nie płakałam, że nie będę chodzić.

Płakałam, że nigdy już nie zatańczę...

Urodziłam się w Nowym, pięknym miasteczku nad Wisłą, w kujawsko- pomorskim. Życie mnie nie rozpieszczało od samego początku. Mama wyszła powtórnie za mąż,  ojczym zgodził się na opiekę nad  młodszym rodzeństwem, ale do mnie  nie pałał już taką miłością. Postanowili mnie oddać dziadkom. A, że ciocia Ryta, starsza siostra mojej mamy nie miała własnych dzieci, zaproponowała, że pomoże w moim wychowaniu.

Dzieciństwo i okres dojrzewania miałam cudowne

Atmosfera u dziadków była ciepła , serdeczna i pełna miłości, a Ryta była kochana,  ale i tak zdarzało mi się uronić łzę, bo to byli dziadkowie, a nie prawdziwi rodzice. Brałam jednak dane mi życie pełnymi garściami. Czas upływał mi na zabawie i – jak dzisiaj wspominam- niekończącym się śmiechu.


Po ukończeniu Technikum Gastronomicznego, dostałam pracę w Nowym- jako kelnerka. Któregoś dnia do kawiarni wszedł młody, wysportowany i przystojny klient. Jak zawsze podeszłam do niego roześmiana od ucha do ucha i zalotnie zapytałam.- Coś pan zamawia? – spytałam. Czy tylko przyszedł pan sobie popatrzeć?- Panią! – odpowiedział zdecydowanie  Andrzej i oboje buchnęliśmy śmiechem.
Od razu coś do niego poczułam, zauroczył mnie. Ślub wzięliśmy już po trzech miesiącach 7 października 1978 r. Wesele było skromne, tylko w gronie rodzinnym, ale kochaliśmy się i to wydawało się wtedy najważniejsze.

 

Los doświadcza mnie po raz pierwszy

 

Po roku małżeństwa /26.08.1979 r./ przyszło na świat nasze pierwsze dziecko. Syn urodził się zdrowy. Ważył 5800 i miał 57 cm długości. Omal nie oszalałam z radości, nie mogąc już się doczekać, aż przyniosą mi dziecko do karmienia Zamiast niego zawieźli mnie do Sali noworodków i pokazali synka w inkubatorze. – Dlaczego on tak ciężko oddycha- zapytałam  zaniepokojona lekarza, ale ten  bez słowa, na moich oczach dał mu jakiś zastrzyk i w mojej obecności nastąpił zgon dziecka. Krzyczałam i wyłam z bólu!  Nikt mnie nie słyszał. Nasz Tomek odszedł bezpowrotnie. Sekcja zwłok, która sobie zażyczyliśmy z mężem wykazała podobno wadę serca.

 

Promyk szczęścia

Po stracie Tomaszka długo nie mogliśmy się pozbierać. - Trzeba żyć dalej. Bóg coś odbiera, ale  coś w zamian daje – powtarzała ciocia Ryta – Po burzy zawsze wychodzi słońce…Tak bardzo pragnęłam w to wierzyć, że w końcu…zaufałam losowi. 29.09.1980  przyszedł na świat nasz drugi synek- Marek. Miał dokładnie taką samą wagę i wzrost, jak poprzedni i od pierwszej chwili, gdy go ujrzałam był cudownym, uśmiechniętym i radosnym chłopcem.  Nie sprawiał żadnych problemów wychowawczych. Ryta,  była częstym gościem w naszym m domu nie mogła wyjść z podziwu:-  Jaki on grzeczny…To nasz aniołek, nasze szczęście- powtarzała obsypując Marka pocałunkami. I, kiedy zdawało się, że to koniec naszej udręki, powoli zapominaliśmy o Tomku, zły los upomniał się o mnie powtórnie.

 

Zamiast szpilek wózek inwalidzki

Dokładnie miesiąc po urodzeniu Marka 29 listopada postanowiliśmy z mężem wybrać się naszym nowo zakupionym samochodem na urodziny jego chrześniaka do Fletnowa.  Marek został w domu z Rytą. Prowadził Andrzej i był lekko podenerwowany, bo dzień był pochmurny i padał deszcz. Droga nie była najlepsza. Z jednej sztony zamarzająca mżawka, z drugiej zła widoczność w nasilającej się mgle. Na trasie Grudziądz – Nowe, pękła nam przednia opona i  z poślizgiem wpadliśmy pod  koła TIRA, a odbijając się od jego przednich kół zderzyliśmy się z dwoma osobowymi samochodami. Mąż został w samochodzie, a ja w tym szoku, nie wiedząc dlaczego, że przeszłam pokrwawiona na drugą stronę ulicy i wtedy dopiero upadłam. Jak się potem okazało w czasie wypadku złamałam kręgosłup, ale paraliż nastąpił dopiero w momencie upadku.


Mąż wyszedł z tego karambolu prawie bez szwanku. - Słyszy mnie pani…. Niestety, mam dla pani niedobrą wiadomość – obudził mnie głos lekarza w szpitalu – pani kręgosłup…Mój kręgosłup na wysokości klatki piersiowej został uszkodzony. Nie dawano mi większych szans. – Musi się pani z tym pogodzić… Czeka panią wózek do końca życia. Ma Pani stwardnienie rozsiane Całymi godzinami leżałam z oczami wbitymi w sufit szpitalnej sali i myślałam o jednym, – jakie to szczęście, że Marek nie pojechał z nami. W ostatniej chwili nie zabraliśmy ze sobą dziecka, to cud. – Skierujemy panią na rehabilitację do Dziężożna- powiedział na odchodnym ordynator-  Wprawdzie nie będzie już pani tańczyć, ale tam  nauczą panią nowych zawodów. Najważniejsze jest życie.

 

Nowe życie, inne, samotne… 

Gdy rozpoczęły się nieustające, męczące zabiegi rehabilitacyjne, mój stan psychiczny bardzo się pogorszył. – Boże przecież mam małe dziecko, męża i dopiero 30 lat i co dalej… Ale wtedy jak dobry duch pojawili się: kuzyn męża Marian i kuzynką Krystyna.  - Znaleźliśmy dla ciebie specjalistów. Pojedziesz na operacje do kliniki wojskowej w Warszawie. Pomogą ci… - pocieszali mnie.
Wróciłam do zdrowia na tyle, że mogłam ruszać rękoma, sama jeść, siedzieć. Ale od pasa w dół kompletny paraliż. - Czeka panią dalsza praca rehabilitacyjna, długa, bardzo długa – zastrzegał mój lekarz.  Następne siedem lat spędziłam na rehabilitacji w Ciechocinku. Wtedy stało się to najbardziej nieprzewidywalne.
- Ja tak dłużej nie mogę – powiedział Andrzej po długiej chwili martwej ciszy – Nie wytrzymam dłużej. Nie udźwignę tego ciężaru.- Ty! – wykrzyczałam głośno – Ty nie wytrzymasz? A co ja mam powiedzieć? Rozwód nastąpił  5 maja 1985 r. Ale rozwód nie był jeszcze tym najgorszym.  Prócz Mariana odsunęła się od nas cała rodzina męża.- Rodziny się nie zostawia – mówiła rozgoryczona ciocia Ryta, –Los ich wszystkich ukaże!  I, chociaż nikomu niczego złego nie życzę, to w pewnym sensie miała rację. Mąż zmarł w 2005 r. a ja nadal żyję.

 

Nowy rozdział życia

Markiem i mną zajęła się  ciocia Ryta i wujek Henio. Poczałkowo przeprowadziliśmy się do bloku w Grudziądzu, gdzie mieliśmy dwa osobne mieszkania.  Cioci, która chciała  mi wynagrodzić krzywdę od losu- było ciężko.  Zajmowała się Markiem, jak własnym dzieckiem. Ze mną, wózkiem inwalidzkim wyjeżdżała na spacery, w międzyczasie gotowała, prała, zmieniała mi opatrunki, sama mnie rehabilitowała i w dodatku chodziła na dwie zmiany do pracy. Wreszcie podjęliśmy decyzję sprzedaży obu mieszkań i kupna domu jednorodzinnego w willowej dzielnicy Grudziądza. Marian, któremu będę wdzięczna do końca życia załatwił mi załatwił mi kolejna operacje, tym razem w klinice na Szaserów w Warszawie dzięki której mogę sama jeść, ruszam rękoma, a paraliż pozostał tylko od pasa w dół.

 

Życie nabrało dla mnie nowego sensu

Dzisiaj w tej podłości losu znajduje promyki szczęścia w postaci ludzi, którzy mi pomagają…Mój syn Marek jest już dorosłym mężczyzną, ma swoją rodzinę. W 2005 r. ożenił się z Ilonką, która jest dla nas drugą córką. Mówię dla nas bo Ryta jest dla niego, jak matka. Przecież to ona z wujkiem go wychowali. Ilonka jest dla mnie tak cudowną synową, że zrezygnowała z pracy zawodowej by mnie pielęgnować, a także teraz doglądać Ryty i Henia, którzy już są przecież w tym wieku, że tego potrzebują. Ciężko jej, Ja mam 900 zł renty, Marek pracuje w Danii na utrzymanie całej naszej gromadki, a ona rozdzielona z mężem tkwi przy nas, jak rodzona córka.- Tak, tak, po burzy zawsze słońce – powtarza ciągle Ryta.
I ma rację, bo widzę słoneczną radość na twarzy Ilony, gdy Marek wraca do naszego domu raz w miesiącu na weekend. Przyjeżdża z zimnej Danii do gorącego, tętniącego sercem domu w Grudziądzu, gdzie wszyscy na niego czekają.
I czeka też na tatę… Alicja, moja ukochana wnuczka.  To moja nagroda. Gdy widzę, jak na moich oczach dorasta, uśmiecham się przez łzy. Gdy mnie obejmuje, jeździ ze mną swoim wózeczkiem na spacer, po zakupy i wtedy siada mi na kolanach jestem naprawdę szczęśliwa. Jakbym wychowywała swoje własne dziecko. I jedno co mogę powiedzieć innym w podobnej sytuacji: Jeżeli los z was zadrwił NIE ZAŁAMUJCIE SIĘ! BIERZCIE ŻYCIE PEŁNĄ GARŚCIĄ! Nie zrywajcie z przeszłością.
Jedyne czego dzisiaj mi brakuje to tańca. Tak kochałam tańczyć, a butów, szpilek już nigdy nie założę.

 

Wysłuchała: NINA GALL

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?