Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Lazur

Opublikowany 2015/07/27

W moją stronę, odziany w lekką pelerynę i przyozdobiony fantazyjną laską magika szedł... Jean Paul. Boże, prawie niezmieniony pomimo siwizny na skroniach. Błyszczące morzem oczy nigdy nie pozwolą zestarzeć się takiej twarzy! Tylko kotka nie tulił przy piersiach. Padliśmy sobie w ramiona. Przyjaciele z czasów młodości.

Dzieciństwo było bajką. Na ulicy Massena w Nicei, gdzie w dzień i w nocy popisują się uliczni artyści wyrżnęłam głową o szczudła pajaca, który tańczył w takt bębenków. Przebrany za Arlekina chłopak wylądował na ziemi, a ja czerwona ze wstydu jąkałam się przepraszając.

- No, no, no – cmoknął z podziwem chłopak, artysta, – Ale spotkanie!

- Ja tak przepraszam – mówiłam łamaną francuszczyzną.

- A ja jestem Jean Paul – żartował on.

Miałam wtedy piętnaście lat, pannica taka, podobno ładna. Ojciec przebywał na placówce dyplomatycznej w Paryżu, ale wakacje spędzaliśmy zawsze w okolicach Lazurowego Wybrzeża. Dlatego też nicejskie stare miasto, targi rybne, zakamarki wąskich uliczek stanowiły miejsca moich spacerów i młodzieńczych zabaw. Jean Paula nie zapomniałam nigdy. Wielokrotnie oglądałam go na ulicznych paradach teatralnych i czekałam aż zdejmie kostium i spędzi ze mną wieczór. Zazdrościłam mu jego pracy, wolności.

- Ja cały rok się uczę w liceum – wzdychałam – a ty spędzasz życie na bawieniu turystów, jak cyrkowiec. Też bym tak chciała.

- To uciekajmy razem w świat, wiesz ile cyrków i teatrzyków jest na świecie? Znajdziemy zawsze pracę, nauczę cię chodzić na szczudłach...

Ale to były tylko marzenia. I ja i on wiedzieliśmy, że kolejne wakacje się skończą i oboje powrócimy do swoich światów. Ale za to każdy dzień, każdy wieczór wypełnialiśmy radością i śmiechem. Trudno się dziwić, skoro o krok był bulwar nad Zatoką Aniołów, oszałamiające plaże, zielone wzgórza.

Jean Paul ujął mnie bez reszty, opiekował się kotkiem, któremu koci katar odebrał wzrok. Zakraplał mu krople w ślepka, a kociak kochał go, tak jak ja. Przystojny chłopak, sierota z rybackiej rodziny, ale z duszy artysta, stał się moim najwierniejszym towarzyszem. Interesował go mój pierwszy kraj, Polska i nie mógł sobie wyobrazić, że niedługo opuszczę nie tylko Niceę, ale i Francję.

Po trzech latach wróciłam z rodziną do kraju, a pożegnanie z Jean Paulem było wzruszające. Przyniósł mi lilie i podarował pas mikroskopijnych dzwoneczków z kostiumu.

Ale, mimo, iż przysięgliśmy sobie miłość do końca życia, odległość i czas zrobiły swoje. Początkowo wspomnienia były bardzo żywe. Potem zblakło to wszystko, a wzajemny brak siebie musieliśmy jakoś wypełnić.

Ja wyszłam za mąż, a Jean Paul wyjechał z teatrem za ocean. Napisał mi o tym i to był jego ostatni list.

Minęło szesnaście lat, a ja nigdy nie odwiedziłam Francji. Dopiero, gdy rozpadło się moje małżeństwo, zresztą trudne, nieciekawe, niezakończone szczęściem, dopiero wtedy zaczęłam myśleć o sobie.

- Pamiętasz Jean Paula, tato? – spytałam mojego siwiutkiego już ojca.

- A...taki, taki kuglarz był, tak?

Roześmiałam się. Pocałowałam go w policzek.

- Ty go chyba kochałaś? Wiesz, co? To ty sobie jedź w taką sentymentalną podróż. Należy ci się...może odpoczniesz.

Gnana niewidzialną siłą, zdecydowana w odszukaniu okruchów dzieciństwa pojechałam do Nicei by poczuć jeszcze raz na twarzy wiatr Lazurowego Wybrzeża, zapach palm i platanów.

Ale daremnie poszukiwałam kolorów, zapachów, miejsc zaklętych w pamięci. To już nie był ten świat i nawet czerwień placu starego miasta kłóciła się z tym, co zachowałam we wspomnieniach. Czy ja dorosłam, czy miasto utraciło swój urok. A może przeżycia ostatnich lat zmieniły mnie?

- Hej, hej – usłyszałam od strony plaży – Czy to moja polska dziewczynka?

W moją stronę, odziany w lekką pelerynę i przyozdobiony fantazyjną laską magika szedł... Jean Paul. Boże, prawie niezmieniony pomimo siwizny na skroniach. Błyszczące morzem oczy nigdy nie pozwolą zestarzeć się takiej twarzy! Tylko kotka nie tulił przy piersiach. Padliśmy sobie w ramiona. Przyjaciele z czasów młodości.

- Skąd wiedziałaś, że mnie tu znajdziesz?

- Nie wiedziałam. Przyjechałam z Polski na kilka dni. Liczyłam na to, że...- nie mogłam powstrzymać łez – to cud, że tak się stało.

Jean Paul zatrzymał się i łobuzersko przekrzywił głowę.

- Przecież Nicea jest taka mała! - zażartował.

- No, ale, ty wyjechałeś, ja też byłam tak daleko, nie wiedzieliśmy nic o sobie, a spotkaliśmy się od razu...

- Jedna miłość, dwa światy – roześmiał się Jean Paul – Chodź na Cassis, wino rozjaśni nam w głowach i rozwiąże języki...

- Co powiedziałeś?

- Wino

- Przedtem...

- Jedna miłość.

I to było słowo, na które czekałam. A może znowu życie będzie bajką? U boku dorosłego Jean Paula? Widać było, że wciąż bawi ludzi bajkowymi przedstawieniami na ulicy. Objęłam go mocno i poszliśmy we dwoje na pierwszy od tylu lat lazurowy spacer.

 

DT

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?