Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

OKRUCHY SERCA: Moje życie to moje dzieci - dla Nich przeżyłam

Opublikowany 2016/02/29

Historia, która za chwilę przeczytacie wzruszyła mnie do łez, ponieważ znam osobę, która ją opowiada. Jest to cudowna kobieta, z pozoru wesoła i dowcipna. Aż trudno mi było uwierzyć, że tyle w życiu przeszła… A oto jej opowieść

Każdy człowiek, który przychodzi na świat, przez całe swoje życie- poszukuje ciepła i miłości. Szuka ludzi, którzy by go przyjęli i pokochali, u których znajdą ostoję i bezpieczeństwo. Ludzie szukają uczucia poruszając się po wielu drogach, często okrężnych, a nawet wręcz po bezdrożach. Szukają ciepłego gniazda, swojskiego kąta, przytulnej przystani.

 (Phil Bosmans)

 

 

Ja też szukałam.
Ale może najpierw się przedstawię. Na imię mam. KRYSTYNA.  Jestem taką samą kobietą, jak inne matką, żoną.

      Urodziłam się 66 lat temu w małej miejscowości, w zwykłej robotniczej rodzinie. Mając niespełna dwa lata zachorowałam na tyfus. Choroba wtedy śmiertelna, ale Bóg miał wobec mnie inne plany i przeżyłam.

Gdy skończyłam 4 lata, urodził się mój brat. Mama była piękną, mądrą, kochającą kobietą. Uwielbiała czytać książki i- jak pamiętam-one zawsze były obecne w naszym życiu. Zanim poszłam do szkoły przeczytałam pierwszą ..dorosłą" książkę Macochę - Kraszewskiego. Mama recytowała nam przed snem Mickiewiczowskie Dziady, opowiadała piękne bajki i bardzo nas kochała. Ojciec był dość przystojny, pracował, ale niestety był alkoholikiem, choć jako dziecko jeszcze wówczas - tego nie wiedziałam. Nasze mieszkanie było zawsze pełne hałaśliwych gości, jedzących, pijących i gadających bzdury. Byłam dzieckiem i nie znałam innego życia. Wszyscy tak robili i myślałam wtedy, że tak powinno być.

          Pamiętam też mamę, która w pewnych momentach zaczynała się trząść, miała łzy w oczach, była przerażona i zwykle po paru minutach wkraczał do domu ojciec. Nigdy nie widziałam, żeby uderzył mamę, ale krzyczał, a mama krzątała się cichutko - jak myszka.

Teraz, po latach - wiem, co wtedy przeżywała.


Jakim byłam dzieckiem?

Myślę, że nie takim złym. Uwielbiałam zabawy z rówieśnikami i zawsze przewodziłam. Zbierałam dzieci z podwórka i opowiadałam im bajki i różne piękne historie, które sama wymyślałam, a fantazji mi nie brakowało. Dzieliłam się jedzeniem, bo czasy wtedy były bardzo ciężkie. Zresztą moja mama przez cały czas dokarmiała dzieciaki.

 

Zabawek nie miałam zbyt dużo, bo ważniejsze były zabawy na dworze. Pamiętam jednak jedną- śpiącą lalkę, która leżała w pudełku na dnie szafy i dzieciaki przychodziły ją oglądać. Podnosiłam moją lalę i ona otwierała oczy, kładłam i wtedy je zamykała. Dzieci bały się jej dotknąć, żeby jej nie uszkodzić,  bo nikt takiej nie miał.

                    

Chodziłam do szkoły, śmiałam się, bawiłam i było pięknie.

 

Ale, gdy skończyłam 13 lat moje beztroskie dzieciństwo skończyło się.

Moja ukochana mama zginęła w wypadku samochodowym.

Była taka młoda.

I od tamtej pory nic już nie było takie samo. Zapanował tylko smutek i rozpacz. Nikt nas już nie przytulał, nie opowiadał bajek.

Wszystko się skończyło.

Po paru miesiącach ojciec wyszedł z domu i już nie wrócił.

Zostaliśmy sami.

Gdzieś zniknęli znajomi i przyjaciele rodziców, którzy kiedyś tak chętnie korzystali z tych wszystkich uczt. Chodziłam głodna, niechciana ,a przecież byłam jeszcze dzieckiem.

To był straszny okres, ale przetrwałam.

Chodziłam na mamy grób i opowiadałam jej wszystko o tym , jak mi jest źle. Czasem pomagało.

Wreszcie ukończyłam 18 lat i wydawało mi się, że teraz wszystko mogę, ale nie miałam skończonej szkoły średniej, a zawsze pragnęłam być

psychologiem. Chciałam pomagać wszystkim ludziom.

Wtedy poznałam chłopaka. Mówił, że mnie kocha, że nigdy mnie nie zostawi, że będziemy rodziną i wszystko - co chciałam usłyszeć.

Zaszłam w ciążę.

Przysięgał, że mnie nie zostawi, że bardzo kocha, ale zrozumiałam, że to nie jest dobry materiał na męża. Był wybuchowy, szybko się denerwował, podejrzewałam, że bywa agresywny, bo nadużywał alkoholu.

Odeszłam, ale zawsze mnie odnajdywał, gdziekolwiek bym nie wyjechała. Prosiłam moją ciotkę, żeby mi pomogła, ale nic z tego. Byłam przerażona. Sama z dzieckiem, bez wykształcenia......Stałam przed ołtarzem i płakałam. Nie chciałam tego małżeństwa, ale znowu nie było nikogo, kto by mi pomógł. Dwa miesiące po ślubie urodził się mój piękny syn. Mój mąż od dnia ślubu nazywał mnie słoneczkiem.

Miałam 19 lat i byłam matką.

Mój syn był dla mnie wszystkim. Pomyślałam, że może to wszystko jakoś się poukłada.  ,,Istnieją dni, kiedy nosi się drugą osobę na rękach, w pełni zachwytu i beztrosko.

          Przychodzą jednak dni, gdy musicie się wzajemnie znosić. A mogą się zdarzyć, gdy jest zupełnie źle. Z powodu złości,  gniewu czy głupoty- coś się załamało. W wasz dom i w wasze serca wkrada się noc.

Chciałoby się wyciągnąć rękę, ale ona drętwieje i kostnieje niczym lód. Chciałoby się przebaczyć, a mówi się: Dlaczego to uczyniłeś ? "

(Phil Bosmans)

 

Minęły kolejne dwa miesiące i przestałam być słoneczkiem.

Pewnego dnia mąż uderzył mnie tak mocno, że upadłam, tylko dlatego, że stanęłam w obronie teściowej, którą znieważał, chociaż nie przepadałam za nią.

Byłam w szoku. Odtąd stało się to jednak  rutyną.

Bił prawie za wszystko, tylko ja nie wiedziałam z co. Trzeźwy czy pijany, zawsze. Bałam się go tak strasznie, że  nie wiedziałam co robić.?

Byłam bita, gwałcona, poniżana. W niespełna dwa lata później urodził się drugi syn, moje drugie szczęście, ale reszta pozostała bez zmian.

 

W tym czasie skończyłam szkołę średnią, pracowałam, bo ktoś musiał zarobić na rodzinę. I znowu nikt mi nie pomógł. Byłam taka samotna, ale miałam moje skarby- dzieci. Fizycznie i psychicznie byłam wrakiem. Bywały okresy, że ważyłam 27 kg. Nie dojadałam, nie mogłam spać.

 

Minęły trzy lata i znowu byłam w ciąży.

 

Miesiąc przed planowanym porodem, mąż pobił mnie tak mocno, że kolejny raz trafiłam do szpitala. Zaczął się poród. Mój trzeci syn urodził się z sinicą i nie oddychał. Myślałam, że oszaleję, ale lekarze go uratowali.

 

Minęło parę miesięcy od narodzin trzeciego syna, kiedy zostałam znowu strasznie pobita. Wyczołgałam się na ulicę. Akurat przejeżdżała milicja. Odwieźli mnie do szpitala. Po tym wszystkim, któregoś dnia po prostu nie wróciłam do domu. Miałam dość gróźb, że pewnego dnia zabije dzieci i mnie. Wierzyłam, że to zrobi. Miałam wszystko poprzetrącane:  kręgosłup, żebra, gołe place na głowie po wyrwanych włosach, niedosłuch po  pozrywanych wiązadłach w uszach dużo innych rzeczy.

Bałam się wszystkich i wszystkiego.

To był horror.

Przez lata uciekałam, przeprowadzałam się z dziećmi i bez dzieci. Zawsze mnie dopadał. To były straszne lata, ale wreszcie minęły.

Ponad 30 lat temu zmarł. Nigdy nie życzyłam mu śmierci. Chciałam tylko, żeby zostawił mnie i dzieci w spokoju i nie maltretował i ich i mnie.

Odszedł, a nadal się go bałam i boję do dzisiaj.

Zostałam sama z dziećmi.

Zaczęliśmy dochodzić do siebie, w miarę normalnie żyć. Było ciężko, ale był spokój. Synowie rośli, a ja odzyskiwałam spokój. Kochałam moich synów ponad wszystko. Mieli spokojne życie, swoje sprawy i chociaż mamuńka, jak mnie nazywali nadal była bardzo ważna i potrzebna, ale mieli swoich znajomych, swoje ważne sprawy.

W pewnym momencie pomyślałam, że bardzo chciałabym mieć córkę, ale już nie męża.

Blisko 30 lat temu przyszła na świat moją piękna córeczka.

Synowie dorastali, po kolei wyprowadzali się z domu. Zostałam z najmłodszym synem i córką. Pracowałam. O psychologii nie mogło być jednak mowy. Pewnego razu, po kolejnej utracie przytomności zabrano mnie do szpitala.

Już miałam wychodzić, kiedy przyjechał mój syn i w pewnym momencie powiedział, że zmarł jego brat (mój średni syn) i że jest już po pogrzebie.

 

 

Nikt mi nic nie mówił.

Najpierw krzyczałam, że kłamie a potem straciłam przytomność.

Po krótkiej rozmowie, jąkając się powiedział, że to prawda.

Wrzeszczałam, że to nieprawda, że to niemożliwe.

Mój syneczek nie żyje?

Krzyczałam i rzucałam się na wszystkich, aż straciłam przytomność.

Obudziłam się i słyszę modlitwę za mojego syna kobiet z tej Sali, gdzie leżałam. Mówiłam sobie - to tylko zły  sen, obudzę się i będzie dobrze, ale dobrze nie było.

Wróciłam do domu. Złorzeczyłam wszystkim ludziom, Bogu i całemu światu. Znienawidziłam wszystkich. Chciałam, żeby świat przestał istnieć, żeby się wszystko zawaliło.

Było tylko moje pęknięte serce.

Ubliżałam każdemu, kto próbował mi złożyć kondolencje. Mojej koleżance, która powiedziała mi, że życie musi trwać nadal-wykrzyczałam, że to jej dziecko powinno umrzeć, a nie moje.

Byłam straszna.

Zapiekłam się w swoim bólu i nic wkoło nie widziałam. Była tylko kawa, papierosy i silne psychotropy. Nie jadłam, nie spalam. Cierpiałam.

Po długim czasie zobaczyłam moją małą córeczkę i mojego synusia.

Nie przyszło mi do głowy, że oni też cierpią, to był ich brat.

Pozbierałam się.

Znowu opowiadałam córce bajki, śpiewałyśmy i zaczęło być - przynajmniej dla nich - spokojnie. Dochodziłam do siebie, chociaż ból trwa do dzisiaj.

Było dobrze. Życie przebiegało bez wielkich wstrząsów. Bardzo się starałam. Wkrótce wyprowadził się mój najmłodszy syn.

Dzwonił codziennie, zwierzał się prosił o radę. Było normalnie.

Minęło kilka lat i znowu straszna wiadomość. Mój najmłodszy synek nie żyje. Nie wiedziałam - czy przeżyję to po raz drugi.

 

Przeżyłam, ale nie jestem ta sama.

Mam jeszcze córkę i syna. Dla nich muszę żyć. Moje serce jest poranione. Przyplątało się wiele chorób, ale okazało się, że moim bardzo dorosły dzieciom, jestem nadal potrzebna. Moje życie kręciło się zawsze wokół dzieci.

Kocham bardzo całą moją czwórkę. Moje życie to moje dzieci.

One zawsze były i są najważniejsze. Nie ułożyłam sobie życia prywatnego z kimś innym, bo taki był mój wybór.

 

Nie żałuję tego. Całe życie byłam sama i dobrze mi z tym. Moje życie jest teraz spokojne i poukładane. Miałam marzenia i nadal je mam. Psychologiem już niestety nie zostanę, ale i tak staram się pomagać innym.

Lubią mnie i szanują,

 

Mam takie trzy życzenia.

- Chciałam pojechać chociaż na miesiąc do Australii. Musi tam być pięknie,

- chciałabym chociaż na dwa tygodnie pojechać do Tybetu, pomieszkać z mnichami w klasztorze.

-  chciałabym pojechać, może na Haiti, żeby na żywo zobaczyć - jak tańczą tamtejsze dziewczęta, bo robią to pięknie.

Nigdy się nie spełnią, bo finanse… i za nic nie wsiadłabym do samolotu.

Ale to nic. Marzę dalej…

Cieszę się każdym dniem. Cieszę się, że się obudziłam, że słoneczko świeci, że deszcz pada, że wstałam i mogę w miarę funkcjonować, że ktoś zadzwoni i życzy mi miłego dnia. Ja też to robię.

Chciałabym żeby wszyscy byli szczęśliwi, uśmiechnięci i żeby chciało im się żyć i spełniać swoje marzenia.

Mnie teraz jest dobrze i niech tak zostanie.

KRYSTYNA

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?