Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Wyspy szczęśliwe

Opublikowany 2015/09/14

W Polsce byłam już nazajutrz. To nie było rozstanie na lotnisku, to nie było pożegnanie. Powiedzieliśmy sobie zwyczajne cześć, a ja wiedziałam, że spotkam go szybciej niż o tym zamarzę.

ZASŁYSZANE JEDNYM UCHEM...

Męża straciłam w wypadku samochodowym. Ja, od tego dnia żyłam jak martwa.

Mój stan wymagał wiecznej pomocy - niekończące się przeprowadzki do kolejnych mieszkań, czytanie, wycieczki po całym świecie, jakby tam, na obcych lądach serce mogło się wyciszyć…

Zwiedzaliśmy archipelag wysp. Wycieczka złożona z ludzi samotnych, takich życiowych rozbitków

Nasz pilot, doświadczony i opiekuńczy Michał chyba też cieszył się z końca tury, a zmęczenie maskował nienaturalnym ożywieniem.

- Proszę państwa – obwieścił tego ranka – Wasz czas wolny wynosi cztery godziny i tyle macie czasu na zwiedzanie miasta, Gdyby ktoś się zgubił punktem zbornym i drogowskazem jest górujący nad dachami kościół świętego Spirydiona. Rozumiemy się?

Zwiedzałam miasto, rzeczywiście zapominając o dławiącej mnie tęsknocie za bliskością. Tętniące życiem miasto w tych wąskich uliczkach pochłaniało feerią barw. I nagle, nieopodal pałacu Achillion zobaczyłam parę cudownie opalonych, młodych ludzi całujących się żarliwie. Stałam jak urzeczona, bezwiednie rozchyliłam usta. Po chwili zorientowałam się, co robię, uciekłam w głąb miasta, ale ten obraz już mnie nie opuścił. Jakby szydził ze mnie, przywoływał znowu ponure myśli.

Usiadłam na kamiennych schodkach. Po lewej stronie na maleńkim placu zobaczyłam naszego pilota. O, boże, jaki był inny! Tu odpoczywał zwykły, zmęczony pracą mężczyzna, czekający już na powrót z wyczerpującej wyprawy. Pochylił głowę i rysował na piasku patykiem jakieś esy floresy. Wolno podeszłam. Podniósł głowę.

- O, to pani! – ucieszył się – Nie zwiedza pani miasta?

- A pan?

Roześmiał się z udanego żartu.

- Ja go znam jak własną kieszeń. A poza tym ja jestem w robocie. Czekam tu, aż wybije czwarta godzina. Niech pani usiądzie, tu jest cień i słońce tak nie dokucza.

Nie, to nie było złudzenie. Patrzył na mnie inaczej niż na resztę wycieczkowiczów. W ognikach oczu zauważyłam odblask porozumienia.

- Od dawna pan pracuje w biurach podróży?

Odpowiedział chętnie dokładnie, wyczerpująco. Chyba na to czekał. Poplątany miał życiorys, porozrywany, kariera od chłopaka okrętowego, tragarza, kaskadera, po ten awans przewodnika. Kochał zwiedzać świat.

Wydało mi się, że on też przed czymś ucieka i próbuje zagłuszyć serce. Czy dlatego wyczuł we mnie bratnią duszę? Chyba tak.

Zaprosił mnie na słynny tutaj likier z kumkwatów. W końcu poważnie powiedział.

- Wie pani, co? Lubię panią.

- Ja pana też

- Nigdy nie zaprzyjaźniam się z wycieczkowiczami, bo to może oznaczać brak profesjonalizmu, ale pani...pani jest inna.

Żałowałam, że dzień się kończy.

- Wieczorem będę wolniejszy – uśmiechnął się sie Michał.

Przyszedł po mnie po zmroku. Razem wybraliśmy się na prywatną wycieczkę. Nalegał, abym się wykąpała w ciepłej, błękitnej wodzie nad skalnym zboczem. Dopiero, gdy wyszłam z wody, powiedział:

- To tak zwany Kanał Miłości. Legenda mówi, że każdy, kto tu będzie pływał nie zazna już goryczy samotności.

W Polsce byłam już nazajutrz. To nie było rozstanie na lotnisku, to nie było pożegnanie. Powiedzieliśmy sobie zwyczajne cześć, a ja wiedziałam, że spotkam go szybciej niż o tym zamarzę.

- To ja – usłyszałam jego głos w komórce – Twój prywatny pilot wycieczkowy. Jak się czujesz?

- Jak turystka bez przewodnika. Nie mogę sobie znaleźć miejsca!

- Zaraz u ciebie będę! Nasza wycieczka dopiero się zaczyna.

Roześmiałam się ze szczęścia. Mam przewodnika…na życie!

Danuta G.

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?