Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Grzegorz Dziewanowski: WYŚPIĘ SIĘ W GROBIE- PÓKI CO- KORZYSTAM

Opublikowany 2017/09/02

Skrajny optymista, uroczy, przystojny. Biznesmen, dyrektor handlowy w TM INK-JET, producent filmowy w S.M.ART, scenarzysta, artysta. Absolwent Akademii Morskiej w Szczecinie w specjalizacji inżynier nawigator.

Jego pozazawodową pasją są sztuki walki: aikido, kenjutsu i kung-fu, dobra ciężka muzyka, komedie, horrory oraz literatura fantastyczno-naukowa. Ma 8- letnią córkę Dominikę.

Grzegorz DziewanowskiGrzegorz Dziewanowskiz GRZEGORZEM DZIEWANOWSKIM

rozmawia Teresa Gałczyńska

 

Skończyłeś Akademię Morską. Skąd taki wybór? W dzieciństwie marzyłeś, żeby zostać marynarzem?

 

W dzieciństwie marzyłem, żeby zostać lekarzem. Sporo chorowałem, zwiedziłem kilka szpitali, kilka razy otarłem się o „drugą stronę” i ledwo mnie odratowano. Paradoksalnie, zamiast zostawić traumatyczne wspomnienia, te przeżycia obudziły we mnie fascynację medycyną i biologią. Zabiegi jakie na mnie wykonywano, zamiast przerażać, budziły ciekawość. Zamiast się bać, zadawałem pytania. Aż po klasę maturalną byłem pewien, że chcę zdawać na medycynę i uczyłem się właśnie w tym kierunku. Pochłaniałem niezliczone ilości książek, jakie tylko wpadły mi w ręce, jak np. „Chirurgia szczękowa”. Gdy rówieśnicy czytali Bravo Sport, ja czytałem o punkcjach zatok i usuwaniu polipów.  Jednak w klasie maturalnej zaczęło mnie „nosić”. Odkryłem, że nie jestem typem gościa, który usiedzi w jednym miejscu. Chciałem przygody! Mój ojciec jest marynarzem i zawsze w głębi ducha fascynowały mnie jego opowieści o dalekich krajach i odległych morzach. Zdecydowałem się zmienić kurs. Mój wewnętrzny żyrokompas wskazywał wtedy kierunek – morze.

 

Pięknie śpiewasz i grasz na gitarze. Czy to talent rodzinny?

 

Chyba tak, a zaczęło się w II klasie liceum. Inspiracją był mój ojciec. Jednym z najcudowniejszych wspomnień z mojego dzieciństwa jest, jak mój tata bujał mnie, małego „szkraba”, siedzącego na jego stopie, grając przy tym melodię „Green sleeves”. Ojciec, marynarz, zna setki morskich opowieści na gitarę, a do tego w jego repertuarze jest mnóstwo piosenek Kaczmarskiego. Na wszystkich imprezach typu imieniny czy urodziny – zawsze był koncert. To spowodowało, że gitara zawsze była mi bardzo bliska. W końcu poprosiłem go , żeby pokazał mi parę podstawowych chwytów. Zaczęło się oczywiście od „House of the rising sun”. Dalej zawzięcie uczyłem się sam, z rozmaitych śpiewników, katując godzinami kawałki Queen, The Doors, Pink Floyd, Jacka Kaczmarskiego i Mike’a Oldfielda, doprowadzając sąsiadów do rozpaczy. Z początku grałem na gitarze akustycznej ojca. Była bardzo twarda, więc momentami opuszki palców miałem zdarte wręcz do krwi. W końcu nazbierałem na swoją własną gitarę – akustycznego Fendera. Dziś mam całkiem sporą kolekcję instrumentów.

 

Czy już wtedy komponowałeś?

 

Komponować zacząłem bardzo szybko, jak tylko opanowałem parę podstawowych chwytów. W liceum obudził się we mnie satyryk. Okazało się, że rymowanymi i zabawnymi tekstami sypię, jak z rękawa. Wymyśliłem sporo kawałków, wierszyków, sonetów i innych wynalazków, komentujących szkolną rzeczywistość. Nagrywałem te numery dyktafonem, tworząc zabawne „albumy”. Niektóre, okazały się przebojami szkolnych wycieczek. Podobało mi się rozbawianie ludzi. Pisanie śmiesznych tekstów, a także rysowanie zabawnych rzeczy, przychodziły mi łatwo, dołączyłem także do ekipy szkolnej gazetki i umieszczałem tam takie właśnie „dzieła”. Bodajże w czwartej klasie liceum, mój przyjaciel – Piotrek Sosnowski, pokazał mi profesjonalny program do nagrywania i inżynierii dźwięku. Zacząłem nagrywać bardziej skomplikowane, instrumentalne utwory, które grały mi w głębi duszy. Moją największą inspiracją był Mike Oldfield, który sam nagrywał w studio multi instrumentalne utwory, jak „Hergest Ridge” czy „Tubular Bells”. Moje kawałki są właśnie w tym klimacie.

 

Czyli gdzieś tam w głębi duszy jesteś prawdziwym artystą. Dlaczego nadal pracujesz w swojej branży jako manager w automatyce przemysłowej. Czym się konkretnie zajmujesz?

 

Zajmuję się sprzedażą systemów, urządzeń do pakowania produktów. Maszynami, które nalewają produkty do butelek, zamykają te butelki, naklejają nań etykiety, czy drukują informacje na opakowaniach. Fascynuje mnie technologia, rozwiązywanie produkcyjnych problemów, projektowanie całych procesów. Najbardziej interesuje mnie branża kosmetyczna i farmaceutyczna i właśnie w nich działam najwięcej. Moja praca, to nie tylko sprzedaż. Często biorę udział w projektowaniu maszyn, uruchamiam nowo wybudowane urządzenia, instaluję, poprawiam, naprawiam, szkolę operatorów. Praca w takim zakresie, daje mi ogromne możliwości kontaktu z ludźmi w całej Polsce, na każdym szczeblu przedsiębiorstwa. Z dyrektorami i prezesami ustalamy i negocjujemy warunki kontraktu, z inżynierami ustalamy szczegóły techniczne i dobieramy rozwiązanie, z marketingiem pracujemy nad produktem, materiałami, z jakich będzie wykonany i jego wyglądem, z operatorami uruchamiamy maszynę i wdrażamy ją do produkcji, z księgowymi debatujemy o płatnościach. Kiedy maszyna zaczyna już pracować, często czuję się jak jej „ojciec” lub właśnie jak artysta, który podziwia swoje dzieło. Dzieło malarza ucieszy nasze oczy, dzieło muzyka zagra na naszej duszy – a takie moje „maszynowe dzieło” sprawi, że powstaną produkty, które zabiorą nam z twarzy parę zmarszczek, zamaskują pryszcza, upiększą paznokcie czy uleczą nas z chorób. Sztuka jest po to, by przynosić szczęście, ta mechaniczna też. Gotówka jest miłym efektem ubocznym tej działalności (śmiech)

 

Rozumiem, że sprzedajesz te urządzenia śpiewająco J

 

Czasem, jak zaśpiewam za wysoką cenę, to nie sprzedaję (śmiech)

 

Grzegorz DziewanowskiGrzegorz DziewanowskiZauważyłam, że nie tylko jesteś dobrym negocjatorem, ale też dyplomatą w rozmowach biznesowych. Czy można się tego nauczyć czy miałeś to od dziecka?

 

Myślę, że wszystkiego można się nauczyć, trzeba tylko chcieć. Pewne predyspozycje, jakie mamy od dziecka, przeszkadzają lub pomagają, w różnym stopniu. Trzeba być ich świadomym. Myślę, że moją predyspozycją jest unikanie konfliktu w agresywnym jego aspekcie. Staram się nie spierać, nie kłócić, nie wymuszać, nie podnosić głosu, nie ulegać emocjom. To bardzo pomaga.  Dodatkowo, jeśli przystępując do negocjacji staramy się dokładnie poznać oczekiwania i charakter biznesu drugiej strony, oraz zakładamy strategię „win win” czyli, że obie strony wygrywają - wtedy negocjacje stają się czystą przyjemnością, fascynującą grą. To nie dotyczy tylko biznesu, w życiu też tak jest. Weźmy za przykład parę w związku. On chce iść do kina na nowy film wojenny, ona chce iść do restauracji. Sytuacja bez wyjścia… Jak się nie dogadają, to będą fochy, ciche dni, nie będzie seksu– generalnie „lipa”. Starajmy się sprawić, aby cele obu stron były osiągnięte. On może zafundować jej wizytę u kosmetyczki i w czasie, gdy będzie upiększana, iść do kina, a po filmie razem z nią do restauracji. Rozwiązania zawsze się znajdują, jeśli obie strony ich pragną. Zdarza się jednak, że jedna ze stron dba tylko o własny interes i stara się zmusić drugą stronę do wyłącznie ustępstw, minimalizując jej korzyści z relacji. Taki biznes jest do dupy i nigdy nie działa na dłuższą metę. Staram się unikać takich relacji zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym.

 

A zdarzyło Ci się, że poniosłeś ewidentną klęskę w negocjacjach?

 

Zdarzyło się, nie raz, że przegrałem projekt albo że nie osiągnąłem wszystkich założonych celów. Nigdy jednak nie odbieram tego jako klęski. Nie załamuję się porażkami, wręcz przeciwnie. Jest to zawsze dla mnie materiał do wniosków i przemyśleń. Z każdej takiej sytuacji uczę się nowych rzeczy, dowiaduję się, w jakich punktach jestem słaby, nieprzygotowany, niedouczony, niekompetentny. To jest cenna wiedza i doświadczenie, którą wykorzystuję do pracy nad sobą, aby następnym razem, w podobnych warunkach wygrywać.

 

Od niedawna jesteś również scenarzystą nowego serialu CENA SŁAWY. Co spowodowało, że wziąłeś się za scenariopisarstwo, to ogromnie trudna dziedzina. …

 

Moja przygoda z Ceną Sławy zaczęła się, gdy Agnieszka Brzezińska opowiedziała mi o swoim pomyśle na serial. W zamyśle miała to być pierwsza polska telenowela internetowa, opowiadająca o dążeniu do sławy z perspektywy trzech, bardzo różnych kobiet i ukazująca kulisy polskiego showbiznesu. Zaraźliwy entuzjazm i pasja Agi sprawiły, że ten projekt bardzo mnie wciągnął, uwierzyłem w niego i zacząłem się angażować. Z początku wymyśliłem parę zabawnych piosenek i postać menela, który by je śpiewał jako narrator. Wziąłem udział w zdjęciach do pierwszego odcinka, jaki powstał parę lat temu. Zacząłem poznawać fascynujący świat filmu i warsztat pracy na planie. Poznałem nieprzeciętnych ludzi. Później napisałem kilka zabawnych scen do powstającego scenariusza. Spodobały się Agnieszce na tyle, że ostatecznie powierzyła mi misję napisania całego scenariusza od początku. Postanowiliśmy, że zrobimy z Ceny Sławy szaloną komedię. Zmieniliśmy historię kompletnie, wprowadzając mnóstwo ciekawych postaci i przyjęliśmy format telewizyjny zamiast internetowego. Scenopisarstwo to fantastyczna praca, ale rzeczywiście wymaga przygotowania. Moje polegało na czytaniu różnych scenariuszy, jakie wpadły mi w ręce i przerobieniu wszelkich dostępnych podręczników w tym temacie. Zasięgam też opinii innych osób i recenzentów. Mój pierwszy tekst został zmieszany z błotem jako nieprofesjonalnie sformatowany, z płytkimi postaciami i nudnymi dialogami. Wyciągnąłem wnioski z krytyki, używam profesjonalnych programów do tworzenia scenariuszy, a tworząc fabułę i dialogi, inspiruję się obserwowaniem i słuchaniem ludzi oraz ich otoczenia, starając się stworzyć świat naturalny i ciekawy.

 

W dodatku wybrałeś najtrudniejszy gatunek- komedię….

 

Nikt mi nie powiedział, że jest najtrudniejszy… Jak już wspominałem, zawsze lubiłem rozbawiać ludzi, ponadto życie traktuję bardzo na wesoło i staram się generować wokół siebie wesołą atmosferę. Przejawia się to w każdym aspekcie mojej pracy. Szkoląc operatorów z obsługi maszyny, robię to w żartobliwy i wesoły sposób. Pisząc scenariusz, wyobrażam sobie różne, śmieszne sytuacje, często zainspirowane setkami opowieści, jakie słyszę na co dzień w mojej pracy czy to w zaciszu gabinetu prezesa czy też na fajce z operatorami. Każdy ma swoją opowieść. Uważnie obserwuję otoczenie, rzeczywistość i jej absurdy. W telewizji też szukam rozrywki. Uwielbiam „Ucho Prezesa”, „Szkło kontaktowe” i skecze kabaretu Hrabi, czy „Ani Mru Mru”. Moja ulubiona komedia to  „Chłopaki nie płaczą”. Uważam, że zdrowy dystans i umiejętność śmiania się z siebie to remedium na dzisiejsze stresujące czasy. Po co się dołować, kiedy lepiej się śmiać (śmiech). Dlatego właśnie komedia.

 

Założyłeś tez firmę producencką, jeździsz na spotkania ze sponsorami, klientami, przedstawiasz prezentacje i nadal ćwiczysz swoje sztuki walki. Jak to godzisz? Masz w ogóle czas na sen?

 

Czasu ciągle mi brakuje. Jestem osobą, która chce i robi miliony rzeczy, która nie usiedzi w miejscu. Nie potrafię się nudzić. W każdej sytuacji mam jakieś zajęcie. Nie stresuje mnie nawet kilometrowa kolejka na poczcie, bo zawsze mam w głowie jakiś materiał do przemyśleń, coś do zaplanowania, telefon do wykonania. Wychodzę z założenia, że wyśpię się w grobie, a póki żyję – korzystam.

 

Jesteś niesłuchanie pogodnym i spokojnym człowiekiem. Czy Ty w ogóle potrafisz się wkurzyć?

 

Potrafię, ale trudno mnie wkurzyć. Łatwiej trzasnąć obrotowymi drzwiami. Nie mniej jednak wkurza mnie głupota, niekompetencja, lenistwo, złośliwość, zła wola, brak czasu dla bliskich mi osób, opóźnienia moich dostawców, dziury w drogach, a najbardziej mnie wkurza, jak podczas jazdy zimą, kończy mi się w aucie płyn do spryskiwaczy, a do najbliższej stacji jest daleko. Złość jest u mnie niezwykle krótkotrwała. Staram się wszelkie problemy brać na klatę lub obracać je w żart.

 

A czy mężczyźni mają tzw. chandry, złe dni?

 

Chandry, doły, złe dni, jesienne deprechy to pojęcia mi obce, nie mam na to czasu (śmiech) Zdarza się, że jestem przemęczony, wtedy po prostu muszę to odespać.

 

Grzegorz Dziewanowski z córką DominikąGrzegorz Dziewanowski z córką DominikąMasz piękną 8- letnią córeczkę Dominikę. Opowiesz nam coś o niej, o Waszych relacjach?

 

Moja córka to fantastyczna młoda osóbka, w której drzemie więcej energii, niż we wszystkich bombach atomowych Korei Północnej, razem wziętych. Wszędzie jej pełno, wydaje z siebie więcej decybeli niż cały Przystanek Woodstock, wszystkiego jest ciekawa. Ledwo za nią nadążam. Ma tzw. „charakterek”. Jeśli czegoś chce, to walczy o to zawzięcie, jak lwica, stosując zasadę „jeśli odpowiedź nie pasuje – pytaj ponownie”. Jej zapał rozbłyskuje często jasnym płomieniem i bardzo szybko gaśnie. W tym ogniu spłonęły już takie pasje jak balet czy jazda konna, by po chwili, jak feniks z popiołów rozgorzeć na nowo. Aktualnie ma „fazę” na ściankę wspinaczkową i akrobatykę sportową… Dominika kocha zwierzęta, szczególnie konie, aktualnie choruje na świnkę morską. Uwielbia rysować, słucha dobrej muzyki. Jej ulubiony zespół to Queen, na którym i ja się wychowałem. Jest równie roztargniona jak ja, więc nasz szlak znaczą dziesiątki zagubionych rzeczy (śmiech).

 

Jakie są Wasze ulubione zajęcia, zabawy?

 

Dominika najbardziej lubi zabawę w chowanego oraz szaleństwa w aquaparku, kiedy ją gonię po całym basenie, wynurzając się jak łódź podwodna w nieoczekiwanych miejscach. Dominika uwielbia też słuchać bajek i opowieści. Pewnego razu zażyczyła sobie, bym jej opowiedział w skrócie całą historię Polski. Niemal rytuałem stało się już czytanie jej na dobranoc. Dominika uwielbia książki z serii „Zaopiekuj się mną” oraz przygody Neli podróżniczki. Lubi też bajki wymyślone przeze mnie. Zadaje mi temat oraz definiuje postaci, a ja muszę stworzyć dla nich historię. Zupełnie jak scenopisarstwo (śmiech).

 

Ty również dużo czytasz. Co ostatnio przeczytałeś i jakie wnioski z tej literatury?

 

Ostatnio dużo „czytam poprzez słuchanie”. Ponieważ bardzo dużo podróżuję, spędzając dziesiątki godzin tygodniowo w samochodzie, odkryłem wynalazek zwany audiobookiem. Dzięki niemu, wchłaniam dziesiątki powieści miesięcznie. Jedną z najciekawszych pozycji, jakie ostatnio wpadły mi „w uszy”, jest „Sekretne życie drzew”, napisane przez leśnika pasjonata - Petera Wohllebena. Po lekturze tej książki, zrozumiałem, jak to możliwe, że potężna wichura potrafiła przewrócić cały las, jak miało to miejsce ostatnio, z tragicznym skutkiem, niedaleko Chojnic. W Polsce prawie nie ma naturalnych, pierwotnych lasów. Są hodowle drzew, najeżone świerkami i sosnami, przeznaczone do przemysłowej eksploatacji, rosnące na suchej jak pieprz glebie, pozbawione właściwej fauny, flory i mikroklimatu, pękające na wietrze jak zapałki. Dowiedziałem się, że człowiek powinien zabrać swoje chciwe łapska od lasów, gdzie tylko jest to możliwe. Powinniśmy dbać o każdy skrawek tego, co nam zostało np. Puszczy Białowieskiej. Zdrowemu, pozbawionemu ingerencji człowieka, lasowi nie straszne ani wichury, ani korniki… Dbając o przyrodę, możemy sprawić, żeby naszym dzieciom zostało w przyszłości więcej, niż trochę kasy uciułanej przez nas na koncie, samochód czy mieszkanie.

 

Ale czytasz również literaturę fachową, jesteś bardzo biegły w prawie, w pisaniu umów- to też Twoje hobby?

 

Nie tyle hobby co- konieczność. Wiedza to podstawa, żeby radzić sobie w tak dynamicznych czasach, jak obecne. Wierzę, że nic na świecie nie dzieje się z przypadku i do wszystkiego trzeba dojść ciężką pracą i ciągłą nauką. Prezes firmy Unilogo, w której przez wiele lat pracowałem, powiedział kiedyś coś, co doskonale to ilustruje: Jest pewna zasada, która nie dotyczy tylko oczyszczalni ścieków: shit in => shit out. Krótko mówiąc, jeśli nasze przygotowanie do danego zadania będzie gówniane, to dokładnie taki będzie efekt naszej pracy - gówniany. Nie wierzę w magiczne kursy, które nauczą nas angielskiego w 2 tygodnie, za pomocą magicznych słuchawek. Nie wierzę w łut szczęścia i ściąganie na egzaminach. Wierzę w godziny spędzone na zdobywaniu informacji , zadawanie pytań mądrzejszym i umiejętność słuchania. Uczę się tego, co jest mi potrzebne, ale też sięgam po literaturę fachową dla przyjemności. Szczególnie po pozycje z dziedziny fizyki i astronomii.

 

Jesteś skrajnym optymista- jak mawiają o Tobie przyjaciele, ale też dość sceptycznie podchodzisz do obietnic. Czy tylko biznesowych czy również prywatnych?

 

Jestem optymistą, ale też skrajnym perfekcjonistą i mam z tym problem. Problem polega na tym, że kalendarz jest często moim wrogiem. Zajęć i zadań mam bardzo dużo i do każdego staram się przykładać, jak najlepiej, żeby nie produkować „shitu”, zgodnie z zasadą o której wspomniałem wcześniej. Jednak to sprawia, że zdarza mi się złamać obietnice dotyczące terminów albo, że nie potrafię ich realnie określić. W mojej pracy zawodowej sytuacja zmienia się często bardzo dynamicznie. Z dnia na dzień dowiaduję się, że nazajutrz muszę być w miejscu odległym o np. 400 km np. z powodu awarii. Rzucam wszystko i jadę. Bywa, że planowane uruchomienie maszyny się przeciąga, bo ona nie działa zgodnie z życzeniem Klienta. Wtedy siedzę „do bólu” i ją poprawiam, często wiele dni. Zdarza się, że tekst, nad którym pracuję wydaje mi się beznadziejny i nienadający się do wysłania. Wtedy siedzę i poprawiam,  aż do skutku i wolę się spóźnić, niż wysłać szajs. Przez to wszystko zdarza mi się przegrywać z czasem albo ze zmęczeniem, np. nie wyślę oferty czy tekstu na czas, muszę przekładać spotkania itp. Niemniej jednak staram się w tym wszystkim odnaleźć i walczę jak lew.

 

Grzegorz Dziewanowski z partnerką JustynąGrzegorz Dziewanowski z partnerką JustynąJaki jest Twój ideał kobiety?

 

O,… to najprostsze pytanie (śmiech). Mam dwa. Jeden ideał ma na imię Dominika, o której już opowiadałem, a drugi – Justyna. Justyna jest piękną i fascynującą kobietą oraz oazą spokoju. Wynajmujemy razem dom w Piasecznie i planujemy wspólną przyszłość. To ona wciągnęła mnie w świat sztuk walki, które trenuje od kilkunastu lat. Ma mistrzowski stopień 2 dan w aikido. Może dlatego praktycznie nigdy się nie kłócimy, lepiej jej nie wkurzać (śmiech). Podziwiam i inspiruje mnie jej pracowitość i upór w dążeniu do celu. Podobnie jak ja, kocha się uczyć. To ścisły, inżynierski umysł, analityk, bogini excela, wręcz całkuje w pamięci. Jest w każdym calu nieprzeciętna. Oprócz sztuk walki ćwiczy orientalne tańce, jak taniec brzucha, z niesamowitą zawziętością uczy się języka japońskiego, godzinami trenując pisanie ichnich krzaczków. Potrafi się relaksować czytając podręcznik od statystyki albo kontemplując teorie fizyki kwantowej. Justynka kocha koty, mamy w domu trzy, plus regularnie odwiedzają nas koty sąsiadów i kilka z okolicy. Wspiera mnie i pomaga w mojej pracy. Szanuje moją przestrzeń i pasje. W podobny sposób, jak ja postrzega rzeczywistość, czytamy podobne książki, oglądamy podobne filmy (oprócz horrorów, które ja uwielbiam, a ją przerażają;)), uwielbimy razem spędzać czas. W ogrodzie tłuczemy się atrapami mieczy trenując kenjutsu, ćwiczymy razem jogę, albo jestem rzucany po matach w sali treningowej, którą sobie zbudowaliśmy na piętrze wynajętego domu. Mamy zbieżne plany na przyszłość, no co tu dużo gadać – jest idealna (śmiech).

 

Pomagasz w pracach domowych czy twierdzisz, że niektóre prace hańbią faceta?

 

Żadne nie przynoszą hańby. Kto twierdzi, że jest inaczej, jest po prostu leniuchem. Oczywiście jedne czynności się lubi, a inne nie. Ja na przykład uwielbiam stać przy garach, pewnie dlatego, że uwielbiam jeść. Niestety najbardziej lubię kuchnię włoską i pochłaniam spore ilości makaronów i pizz. To sprawia, że mój brzuch, mimo sporej ilości treningów, systematycznie dąży kształtem do bryły idealnej – czyli kuli. Dlatego planuję do-edukować się w zakresie zdrowszych aspektów kuchni śródziemnomorskiej, czyli np. sałatek, ryb. Tak. Dziś jest ten dzień, kiedy od jutra zacznę się zdrowo odżywiać (śmiech).

 

Powiedziałaś kiedyś, że ”płyniesz z nurtem”. Co konkretnie to oznacza?

 

Oznacza to, że bardzo szybko się adaptuję do nowych sytuacji i nie boję się zmian, ani rewolucji. Staram się wykorzystywać nadarzające się okazje i w ten sposób płynę z nurtem okazji jakie przynosi mi los. Staram się nie być konserwą. Jeśli brakuje mi do czegoś, wiedzy lub umiejętności, zdobywam je, ale nie oznacza to, że robię, to -co wszyscy, tak- jak wszyscy. Robię to co lubię, tak jak lubię.

 

Wykonujesz tyle zawodów, ze trudno wręcz to ogarnąć. Który z nich sprawia ci największą frajdę?

 

Wszystkie, które wykonuję sprawiają mi frajdę. Jak coś mnie nie bawi, to tego nie robię. Żałuję tylko, że doba ma tylko 24 godziny.

 

Czy masz jeszcze jakieś niespełnione marzenia?

 

Mam ich mnóstwo. Marzę, żeby Dominika stała się szczęśliwą i spełnioną kobietą. Marzę, żeby razem z Justyną zbudować dom i ogród w stylu japońskim, w którym postawimy własne dojo (szkołę aikido), marzę żeby odwiedzić Japonię i trenować u japońskich mistrzów aikido i miecza. Marzę, żeby „Cena Sławy” stała się faktem i podbiła serca widzów, chciałbym też nakręcić horror, nagrać profesjonalnie dziesiątki moich kompozycji. Chciałbym stworzyć fabrykę maszyn wraz z moim biznesowym partnerem – Tomkiem Mrowcem. Bardzo dużo chcę, dlatego bardzo dużo robię i wiem że to wszystko się spełni.

 

I tego z całego serca Tobie  Ci  życzę, ponieważ jesteś niezwykłym mężczyzną.

Dziękuję za urocze spotkanie.

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?