Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

IZABELLA KRÓLIKOWSKA:Miłość mnie uskrzydla-bliskość daje napęd

Opublikowany 2017/12/14

z IZABELLĄ KRÓLIKOWSKĄ
rozmawia TERESA GAŁCZYŃSKAz IZABELLĄ KRÓLIKOWSKĄ rozmawia TERESA GAŁCZYŃSKAZodiakalna Waga.  Miłośniczka zwierząt. Urocza , ciepła, bardzo skromna.  Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego na kierunku - animacja i pedagogika kultury.  Dyrektor Spółdzielczego Domu Kultury w Pruszkowie, której podlegają 3 kluby osiedlowe.  Żona byłego vice -prezydenta do sp. Kultury w Pruszkowie, z którym ma  dwoje dzieci : Marcina –  z zawodu psycholog społeczny, aktualnie pracuje w dużej firmie biznesowej, na eksponowanym stanowisku i Anie- która po dziadkach przejęła umiłowanie prawa i jest  prokuratorem. Prócz dzieci Państwo Królikowscy  kochają zwierzęta, mają obecnie kota dwojga imion: Pysio- Messi.

 

Jest Pani powszechnie znaną animatorką kultury, ale również „maniaczką teatralna”- jak sama, o sobie Pani mówi…

To prawda. Wiele lat temu w jednym z naszych klubów osiedlowych przy Al. Niepodległości założyliśmy Klub Przyjaciół Teatru. Celem tego przedsięwzięcia była edukacja teatralna dzieci i młodzieży. Zajęcia w naszym klubie prowadzili również oboje Państwo Halina i Jan Machulscy. Dwa, trzy razy w miesiącu, jeździliśmy- aż trzema autokarami do warszawskich teatrów proponując naszych podopiecznym różnorodne gatunki sztuki, począwszy od teatru, poprzez operę, filharmonię, a kończąc na przedstawieniach baletowych. Dodatkową atrakcją dla młodzieży były spotkania, po spektaklu: z reżyserami, choreografami, kompozytorami, dyrygentami ect. Regularnie bywaliśmy w Teatrze Rampa- co docenił Pan dyr. Jan Krzyżanowski przyznając naszym dzieciom legitymacje Przyjaciela Teatru. Wspominam tamte czasy fantastycznie.z mężem Andrzejem Królikowskimz mężem Andrzejem Królikowskim

Skoro tak bardzo kocha Pani teatr dlaczego nie zdawała Pani do szkoły teatralnej?

Po ojcu odziedziczyłam zainteresowania prawem, ciągnęło mnie w kierunkach: socjologia, psychologia, filozofia. Jako widz chętnie bywałam teatrze, ale na scenie, nigdy siebie nie widziałam. Gdyby w czasach, gdy studiowałam istniały już takie kierunki jak np. organizacja produkcji filmowej- pewnie by to mnie zainteresowało, ale aktorstwo…. W tym zawodzie zdecydowanie nigdy siebie nie widziałam.

Spółdzielczy Dom Kultury istnieje w Pruszkowie od 1978 r. Pani kieruje nim od 2001 r., więc musi Pani czasem wystąpić publicznie, na scenie. Miewa Pani wówczas tremę?

Istotnie na scenie muszę pojawiać się dość często. Przy okazji organizowania różnego rodzaju imprez, wchodzę na podium i bez żadnego problemu biorę mikrofon i mówię. Co więcej…. nie mam żadnych oporów, bo jestem gadułą ( śmiech)

Jako zodiakalna WAGA- zapewne w swoich wystąpieniach jest Pani bardzo wyważona …
W wystąpieniach publicznych tak, ale w życiu prywatnym wręcz przeciwnie należę do tych szalonych WAG… (śmiech)


Domyślam się, że nie przepada Pani za malkontentami …?


Szczerze im współczuję. Na pewno mają uboższe życie, a czasami potrzebna jest odrobina ułańskiej fantazji.


Co najbardziej szalonego zrobiła Pani w życiu?


To wbrew pozorom bardzo trudne pytanie…. Takich, spektakularnych szaleństw nie popełniałam, chyba , że na co dzień…To i owszem….(śmiech)


Na przykład…?


Któregoś dnia oglądaliśmy z mężem telewizję i nagle pokazano Paryż. Wstałam i powiedziałam do Andrzeja-” Jedziemy tam!” i następnego dnia siedzieliśmy już w samolocie lecąc do Francji. Moje szaleństwo polega na zachłanności na życie. Oczywiście płacę za to wysoką cenę, głównie czasową, bo za dużo chciałabym na raz. Pruszków- jako tzw. sypialnia Warszawy- jest bardzo aktywny kulturalnie. Bywały takie dni, że musiałbym pokroić się na kawałki, żeby być wszędzie, choć bardzo tego chcę. Ta zachłanność ma jednak i dobre strony. Dzięki niej poznawałam wiele osobowości świata kultury, sztuki i nauki. W Pruszkowie bywali naprawdę wielcy artyści , pisarze czy filozofowie. Uroczo wspominam np. spotkanie z Panią prof. Marią Szyszkowską, a że filozofia- jak już mówiłam- to jedna z moich ulubionych dziedzin nauki, na wystąpienie Pani Profesor zabrałam z domu m nie tylko „Dzieje filozofii”, ale wszystkie jej książki. Może dlatego od pierwszej chwili, do tego stopnia polubiłyśmy się, że Pani Prof. Syszkowska zaprosiła mnie i męża do Nałęczowa, gdzie mieszkała. A, ponieważ w tamtym czasie często bywaliśmy z w Kazimierzu Dolnym, w którym do dzisiaj jesteśmy zakochani, więc naturalnie, dwukrotnie odwiedziliśmy Pani Profesor. Innym razem z dyr. Książnicy Pruszkowskiej - Grzesiem Zegadło uparliśmy się, aby zaprosić Panią Tamarę Kalinowską.- poetkę , piosenkarkę i rodzoną siostrę Zbigniewa Presinera. Wprawdzie czekaliśmy na ten wielki, owacyjnie przyjęty -w tutejszym Muzeum -koncert aż 8 lat, ale udało się. Podobnie- jak Elżbiety Dębskiej- szybka decyzja, cudowny koncert w moim Domu Kultury.


Czy równie intensywnie uczestniczyła Pani w wydarzeniach publicznych, gdy niespodziewanie, ciężko zachorował Pani mąż?


Oczywiście, że nie. W styczniu 2016 r. , tuż po koncercie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy- Jerzego Owsiaka mężowi pękł tętniak w głowie i po błyskawicznej operacji został cudem uratowany. Wtedy mój przełożony powiedział” Weź kilka tygodni urlopu. Andrzej jest najważniejszy. My damy sobie radę”


Miała Pani również wsparcie w rodzinie….


O tak i to ogromne. Już w dniu, gdy Andrzej zachorował moje dziecidzieci Państwa Królikowskich
 Marcin i Aniadzieci Państwa Królikowskich Marcin i Aniawprowadziły się do mnie i wspólnie o niego walczyliśmy. Był w stanie wegetatywnym leżąc na OIM-ie . Lekarze dawali mu nikłe szanse na przeżycie. Wtedy po raz pierwszy uświadomiłam sobie podwójne znaczenie słowa „warzywko”. Patrząc na niego nie potrafiłam powstrzymać łez, ale moja dusza krzyczała: ”Kochanie będziemy walczyć, nie poddamy się” I tak też się stało oboje walczyliśmy oboje i po niespełna pół roku , Andrzej wyszedł z Instytutu przy Sobieskiego w Warszawie na własnych nogach. Co więcej był na tyle samodzielny, ze sam dbał o higienę osobista, sam się ubierał, samodzielnie robił sobie herbatę ect. Ale jak to w życiu bywa po słońcu następuje burza- nastąpiły powikłania, trafił po raz kolejny do szpitala, a dzień przed Wigilią odebrałam go znowu w stanie wegetatywnym.


Co Pani czuła, gdy stan męża powtórnie wrócił do stanu pierwotnego? Chyba każdy na Pani miejscu już by się poddał…


I tym razem nie poddaliśmy się, ale gdy pani Ordynator powiedziała mi, żebym nie robiła sobie już większych nadziei, zbuntowałam się : „Najpierw niech przeżyje, a potem będę martwi się- co dalej…- dodając na odchodne -:” Da radę, to silny facet. Nigdy, wcześniej nie chorował, zawsze był aktywny fizycznie, grał w siatkówkę. Wyjdzie z tego!!!!”.


Jestem pełna dla Pani podziwu…


Byłam silna, ale gdy byłam sama oczywiście pojawiały się dni , a nawet Niagary płaczu. W tym czasie walczyłam nie tylko z jego chorobą, ale z całym światem. A, gdy jego stan się ustabilizował i odłączono go od respiratora, pani Ordynator patrzyła na mnie z niedowierzaniem.


Cofnijmy się na chwilę do czasu sprzed choroby męża, gdy przez 16 lat był Prezydentem dsp. Kultury, kiedy dał się poznać jako wspaniały, niesłychanie empatyczny człowiek, doskonały animator kultury, któremu miasto Pruszków wiele zawdzięcza….


To prawda. Nie można czegoś robić dobrze, jeśli się tego nie lubi. Stałam najbliżej niego, więc byłam świadkiem Jego wielu, oryginalnych pomysłów. Czasami, wiedząc o moich marzeniach pytał- który artysta ma przyjechać do naszego miasta? Jednak i przede wszystkim- Andrzej czuł kulturę, kochał ją i miał określoną wizję odnośnie spraw kulturalnych. Z jego nadania odbył się w Pruszkowie pierwszy koncert symfoniczny, który od tamtej pory stał się już tutaj tradycją. Niestety akurat zachorował w roku, gdy obchodziliśmy 100- lecie miasta. Zdążył jeszcze zapowiedzieć- w Kościele św. Kazimierza- koncert Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia „Amadeus” uwieczniony na You Tube. Jedno nad czym ubolewam to fakt, że w tym samym miejscu miało nastąpić zakończenie obchodów 100- lecia uwieńczone koncertem Orkiestry Jerzego Maksymiuka, którego znamy osobiście. Wszystko, łącznie z repertuarem było dopięte na ostatni guzik, ale niestety, z pewnych przyczyn do koncertu tego nie doszło.


Zna Pani te przyczyny?


W dużej mierze powodem były finanse. Pojawiły się prośby z poszczególnych dzielnic Pruszkowa o uwzględnienie ich w obchodach 100- lecia. Niestety miasto nie dało rady wszystkiego udźwignąć.


Łatwo jest być żoną prezydenta?


Ciężko, zwłaszcza w życiu rodzinnym. Szczególnie, jak ten prezydent jest pasjonatem i wizjonerem. Mąż został vice- prezydentem Pruszkowa w czasach, gdy prezydenci byli jeszcze wybierani przez Radę Miejską. W tym czasie ja pracowałam w Klubie przy Niepodległości. Gdy przyjechali do mnie szefowie mojej firmy z gratulacjami – rozpłakałam się mówiąc do prezesa: „Adasiu gratulować możesz miastu, mnie możesz tylko współczuć.” I rzeczywiście mąż poświęcał się całym sobą tej pracy, angażując się „po uszy”. Tym samym odbijało się to na rodzinie. Tak wyłącznie- jako męża miałam go dla siebie tylko dwa-trzy tygodnie w ciągu roku, gdy wyjeżdżaliśmy na wakacje.


Od jakiego kraju zaczęły się Państwa już sławne podróże?


Wszystko zaczęło się z miłości do książek Petera MaylePeter Mayle 
fot. WIKIPEDIAPeter Mayle fot. WIKIPEDIA i jego miłości do Prowansji. Peter Mayle jest brytyjskim pisarzem, który pracował w Nowym Jorku, ale że zakochał się we Francji, konkretnie -w Prowansji, przeniósł się do Menerbes , a obecnie mieszka w Lourmarin. Jego pierwszą książką była „Where I come from”, ale światową sławę zyskał „Rok w Prowansji” z 1989 r., w której opisuje swoje doświadczenia i przygody, i która stała się jedną z najważniejszych książek światowej literatury dla dzieci. Dwa lata, zwiedzając: Montpellier. Awinion, Marsylię, Grenoble i Nicea- polowaliśmy, żeby wreszcie spotkać i poprosić wybitnego pisarza o autograf w książce, w której opisywał te wszystkie w/w miasta. Dowiedzieliśmy się- gdzie mieszka, w jakiej kawiarni bywa i pojechaliśmy tam, ale nie zastaliśmy tam Mayle. Zostawiliśmy, więc książkę szefowi knajpki prosząc o dedykację. Niestety nie udało się. Rok później, mając zawsze książkę w plecaku, pojechaliśmy do Menerbes na słynny tam targ. Wracając postanowiliśmy po drodze coś zjeść. Nagle mąż mówi: Popatrz Mayle”. I faktycznie siedział z dwiema paniami. Usiedliśmy Państwo Królikowscy z Petrem Mayle'm podczas udzielania autografuPaństwo Królikowscy z Petrem Mayle'm podczas udzielania autografuprzy stoliku obok. W końcu odważyliśmy się podejść do nich. Okazało się, że jedna z pań to żona pisarza, która wielokrotnie bywała w Krakowie prowadząc tam swoje wykłady, więc spotkanie przerodziło się w uroczą pogawędkę. I oczywiście dostaliśmy wymarzony przez nas  autograf ?


Osoby, które tak bez reszt poświęcają się swojej pracy jak „ Pani i Mąż zwykle nie potrafią na wakacjach wypoczywać. Państwu się to udawało?


Na początku było to trudne- zwłaszcza dla męża. Z poczucia obowiązku odbierał telefony, aż w końcu sam zrozumiał, że nie zresetuje umysłu, jeśli nie wyłączy komórki. Zwłaszcza, że zawsze jeździliśmy do Francji swoim samochodem i cały bagażnik mieliśmy zapełniony książkami. W ciągu roku nie było czasu na czytanie, pozostawał wyłącznie okres wakacji. Z czasem, więc zwolniliśmy tempo zwiedzania, na korzyść prawdziwego relaksu. Docierając do celu siadaliśmy na werandzie, książki do rąk albo słuchawki na uszy i audiobooki lub laptop. W ten sposób podróżując nauczyliśmy się jednocześnie wypoczywać .


Dzisiaj- co jest dla Pani najważniejsze w życiu?


Jeśli powiem zdrowie, będzie to oczywiste. Najważniejsza jest dla mnie miłość.


Czyli jest Pani również romantyczka…


Chyba tak. Miłość mnie uskrzydla, bliskość daję mi napęd.


Od niektórych osób, choć się uśmiechają, bije chłodem, Pani jest naturalnie skromna, ciepła i urokliwa…


Jeśli Pani tak to ocenia cieszę się… Myślę, że jestem pogodną optymistka. Teraz mam ciężki okres, gdy tylko na You tube ogę oglądać męża w pełnej formie, wbiegającego na schody, z uśmiechem na twarzy… Ale każdy dramat ma też swoje dobre strony. Wreszcie mamy dla siebie więcej czasu, a muszę szczerze przyznać, że Andrzej jest bardzo wdzięcznym pacjentem. Jest tym samym ciepłym i pokornym człowiekiem. Jedno wiem na pewno: nigdy nie wolno się poddawać! Zawsze należy znaleźć plusy danej sytuacji. Dzisiaj mogę już udzielać na ten temat porad. Wprawdzie w chwili obecnej maż porusza się na wózku inwalidzkim, ale od niedawna możemy już wspólnie oglądać filmy a on doskonale kojarzy fakty fabularne. Nie zapomnę , jak oglądaliśmy „Wołyń” i, jak pouczał mnie, gdy czegoś nie do końca zrozumiałam z akcji filmu. Oburzał się nawet: „Jak możesz tego nie rozumieć! ?


Czego mogę Pani życzyć z okazji świat BOŻEGO NARODZENIA i na Nowy 2018 rok?


Mam takie marzenie, żeby stan męża wrócił- choćby z lata 2016 r,, gdy wcześniej zdiagnozowano go jako „warzywo”, a pół roku później pojechaliśmy do Kazimierza nad Wisłą, zamieszkaliśmy w Królu Kazimierzu i Andrzej sam, na własnych nogach doszedł do rynku i samodzielnie wrócił. Chciałabym żebyśmy jeszcze razem gdzieś wyjechali.


I to jest prawdziwa miłość. Dziękuję za uroczą i szczerą rozmowę i tego właśnie Pani życzę w imieniu swoim i czytelników Świata Według TESS’y.

 

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?