Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Alina Janowska: Miałabym prośbę do swojego anioła

Opublikowany 2016/02/01

Alina Janowska, fot. Cezary Piwowarski, źródło WikipediaAlina Janowska, fot. Cezary Piwowarski, źródło WikipediaWyjątkowo bliska polskiej publiczności i niezwykle sympatyczna aktorka polskiego kina, teatru, telewizji i estrady. Jej kariera zaczęła się od tańca i piosenki.

Na wielki ekran trafiła przez przypadek: ćwicząc grande batman,  w Teatrze Syrena omal nie kopnęła przechodzącego właśnie mężczyzny, który zapytał -Czy chciałaby zagrać w „Zakazanych piosenek”. Tak trafiła do filmu.  Potem była Basia ze „Skarbu”, Irena w – „Wojnie domowej” i po dziesiątkach filmów i seriali Eleonora Gabriel w „Złotopolskich”.

Prywatnie jest matką Agaty, Michała i Kasi oraz babcią czworga wnucząt. Urodziła się 16 kwietnia 1923 r. Dzisiaj ma 92 lata, ale jest już bardzo chora…. Widziałyśmy się ostatnio sześć lat temu…

W tym roku swoje 86 urodziny obchodziła Pani w Instytucie Teatralnym, dawnym Szpitalu Ujazdowskim. To dość oryginalny pomysł…

 

Mam wyłącznie oryginale. Zawsze, w dziwny sposób ciągnęło mnie do tego miejsca. Pewnego wieczoru, w Teatrze Syrena, siedząca ze mną w garderobie Józefina Pellegrinii, która prócz pięknego głosu słynęła z talentów wróżbiarskich, ni stąd ni  zowąd zapytała: „Alinko, kiedy ty się właściwie urodziłaś? „ „ 16 kwietnia 1923, w Wojskowym Szpitalu Ujazdowskim, w Warszawie”- mówię. „Co? - na cały głos wrzasnęła Józefinka- To przyjmował cię na świat  mój ojciec! -zdumiała się wielce i dodała-  Mój tata był tam ordynatorem oddziału położniczego. Omal nie spóźniłyśmy się na scenę, a po powrocie do garderoby musiałam długo uzupełnić do jej kroniki wróżbiarskiej szczegóły rodzinne: mój tata - porucznik Stanisław Janowski, był adiutantem generała Józefa Dowbora- Muśnickiego i dlatego mama mogła urodzić mnie, a potem mojego brata Witolda w tym szpitalu. A w tym roku urządziłam tam swoje urodziny. A co!

 

Alina Janowska w filmie Zakazane piosenki z 1946 roku, fot. WikipediaAlina Janowska w filmie Zakazane piosenki z 1946 roku, fot. Wikipedia

 

Ojciec był wojskowym, więc pewnie w domu pewnie w domu panował żołnierski dryl?

 

 W naszym domu, w zasadzie panowała radość i miłość, ale pamiętam, że raz Wituś dostał lanie, bo nie chciał mówić pacierza. Bardzo wtedy płakałam i prosiłam, żeby zostawił go w spokoju. Tatuś- był z wykształcenia inżynierem-  rolnikiem, pedagogiem, dyrektorem szkół rolniczych i leśnych. Był wysokim, przystojnym mężczyzną. Wstawał o świecie i kładł się z kurami. Chodził w swoich wysokich butach, do konnej jazdy, które sam sobie zrobił. Karmił nas, jak zwierzęta, żebyśmy byli zdrowi wszystkimi z dostępnych wtedy kasz, co zostało mi do dzisiaj, bo na śniadanie jem kaszę. Ale prócz miał również liczne talenty artystyczne. Grał na fortepianie i na okarynie, pięknie rysował- szczególności konie. Miał niecodzienne zdolności manualne. Nauczył mnie np. pleść pierścionki ze słomy. Potrafił do złudzenia naśladować czyjeś ruchu i sposób mówienia. Doskonale parodiował swoich przyjaciół, znajomych, Zresztą podczas licznych wizyt w naszym domu produkowaliśmy się przed gośćmi wszyscy: tata grał na pianinie walca z Damy Pikowej. Mama z wykształcenia śpiewaczka, którą tatuś poznał w teatrze „Nowości” i która po ślubie kościele Zbawiciela rzuciła swój zawód- teraz w domu śpiewała swoje arie i współczesne tanga. Akompaniowała sobie przy tym na fortepianie, a ja tańczyłam. Odkąd pamiętam zawsze chciałam tańczyć, więc jak tata przywiózł mi z jakiejś podróży służbowej, z Krakowa patefon firmy Odeon, z taką dziwną korbką do nakręcania i była na nim naklejka z foksterierem- skakałam z radości. A na co dzień…? Nie chowaliśmy się w żołnierskim drylu, ale porządek musiał być.  Tak, tak…

 

Ale po całusy biegliście do mamy..?

 

Mama była ciepła, słodka, ale przede wszystkim dobra. Była ufnie nastawiona do świata i ludzi, niezwykle radosna, ciągle śpiewała trali, tra la… Pisywała też zabawne wierszyk na różne, rodzinne uroczystości, tego się od niej nauczyłam. Bardzo ją kochałam. Nauczyła nas wrażliwości na piękno przyrody, dlatego z wielką łatwością opuściła po ślubie Warszawę i wyjechała ze swoim Stasiem na wieś. Z uwagi na liczne zadania jego ojca bez przerwy przenosiliśmy się z miejsca na miejsce, a ona bardzo kochała te wszystkie wsie, w których zamieszkiwaliśmy. Rzeczywiście, jeśli zdarzał się klaps od taty, to po pieszczoty do niej.

 

Zapamiętała Pani jakieś szczególne święta Bożego Narodzenia ze swojego dzieciństwa?

 

Alina Janowska na okładce czasopisma Film Nr. 39 z 1948 roku, fot. WikipediaAlina Janowska na okładce czasopisma Film Nr. 39 z 1948 roku, fot. Wikipedia

 A tak. Odbywały się w Berdówce. Mną i 3- letnim wówczas Wicusiem opiekowała się nasza bona –Majusia. Zbliżała się Wigilia. Tata postanowił nas zabrać ze sobą do lasu, po choinkę. Wsiedliśmy do sań, gdy tata zaczął do nich pakować jakieś dziwne chochoły ze słomy. Jak się okazało,  już w powrotnej drodze, miały odstraszać biegnące za nami wilki. Do dzisiaj nie zapomnę, jak konie pędziły, tata zapalał te chochoły i rzucał za siebie. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z niebezpieczeństwa do chwili, gdy nie ujrzeliśmy na własne oczy stada wilków biegnącego za saniami , ale ogień je odstraszał. Ale, gdy dojechaliśmy, pełni wrażeń i strachu, mogliśmy się pochwalić mamie wspaniałą choinką. Święta Bożego Narodzenia zawsze były obchodzone w naszym domu bardzo uroczyście i doniośle. Tata był znakomitym kucharzem i wprawdzie wspomagał się książką kucharską, ale wszystko mu się udawało. Począwszy od ciasta, poprzez mięsa, aż po opłatek- przygotowywał całą, wigilijną kolację. Do dzisiaj czuję smak jego wypieków. Ozdoby choinkowe robiła mamusia. Była wspaniałą rękodzielniczką, wszystko wykonywała ręcznie, ze słomy i  kolorowych papierków. Plotła przepiękne  łańcuchy, z szyszek robiła jeżyki, z wydmuszek pajacyki i bombki. Po latach próbowałam przenieść tę tradycję na własną rodzinę i uczyłam rękodzieła swoje dzieci, ale nigdy nie udało mi się dorównać swojej mamie.

 

 

 

Pani córki mieszkają w Stanach Zjednoczonych, syn w Krakowie. Nie jest Pani chwilami smutno, że nie możecie wszyscy razem  usiąść przy wigilijnym stole i podzielić się opłatkiem?

 

Boleję nad tym ogromnie. Córka z pierwszego małżeństwa- Agata, mieszka ze swoimi dziećmi: Julką i Olą pod Bostonem, a Kasia z Tomkiem i Weroniką w okolicach Nowego Jorku Tomka i Weronikę, obie żyją w Ameryce, w Polsce jest tylko mój syn Michał. A, że jestem z natury gadatliwa, gadam sama z sobą. Najpierw pytam:  -Dlaczego masz im za złe, że wyjechali i ciebie tu zostawili? I zaraz ich tłumaczę: - Przecież mówią teraz biegle w kilku językach.  Twój wnuczek Tomek jest pierwszym matematykiem w klasie. Nie możesz mieć do nich żalu i myśleć tylko o sobie. Ale i tak jest mi smutno. Wtedy udaję się do „ swojej trumny”- tak nazywam miejsce, gdzie oglądam telewizję i tam zasypiam. Ale czasami moje dzieci odwiedzają mnie w święta…Czasami…. Z reguły jednak Boże Narodzenie obchodzimy, u córki mojego brata Witka- Laury. Wigilię urządzamy tradycyjnie tak, jak kiedyś była obchodzona  w naszym domu, z odpowiednią ilością potraw, postnie. Po kolacji, jako nestorka rodziny pierwsza zaczynam dzielić się ze wszystkimi opłatkiem, a potem po kolei składamy sobie życie. No i jest Mikołaj, w którego rolę tradycyjnie wciela się mój mąż. Ma nie lada zadania do wykonania. Najpierw, w naszym garażu musi się przebrać w strój Mikołaja. Potem przebiec niewidocznie na drugą stronę Żoliborza, z ogromnym worem na placach. A, gdy zmachany pojawia się w drzwiach stara się zmienić tembr głosu,  żeby go nie rozpoznano. A,  że nie jest aktorem, tylko architektem trochę mu to nie wychodzi  i, kiedy dzieci zaczynają już mieć wątpliwości,  w wora wysypuje się taka ilość prezentów, ze ich uwagę pochłania już nie Mikołaj, tylko ich rozpakowywanie. Wtedy Wojtuś może spokojnie udać się do łazienki, przebrać się i jakby nic spytać: ‘To był już  święty Mikołaj?” W tym roku wigilia będzie u nas, więc będzie miał krótszą trasę do pokonania. A, gdy już każdy nacieszy się swoim upominkiem zaczynamy kolędowanie. Wydzieramy się śpiewając kolędy, siedzimy i gadamy, aż nam szczęki opadną. / śmiech/

 

Nowy Rok również spędzacie rodzinnie czy każda rodzina osobno?

 

Nowy Rok- to, jak Bóg da. Czasami gram w teatrze,  występuję na estradzie albo wyjeżdżamy z mężem na narty do Wisły, więc wtedy składamy sobie życzenia telefonicznie. Na ogół jednak staramy się witać Nowy Rok razem.

 

Mieszka Pani w dużym, pięknie i przestronnie zaprojektowanym przez Pani męża Wojciecha Zabłockiego domu, w którym jest kominek. Ale czy zastąpi ciepło domowego ogniska…?

 

Najwięcej ciepła dostaję od swojej gosposi Jany/ Janina/, która pochodzi z Lwowa, zna całą elektronikę, więc pod tym względem jest kilka razy mądrzejsza ode mnie. Poza tym sprząta, gotuje, słowem ułatwia mi życie. Jest aż za bardzo uporządkowana i zorganizowana. Żałuję oczywiście, że dzieci nie mieszkają bliżej… Ale w tym domu? Nie sądzę, żebyśmy mogli żyć razem. Pewnie byśmy się pozabijali. Jesteśmy zbyt dużymi indywidualnościami /śmiech/  Każde z nas ma swój charakterek. Musielibyśmy mieć napraaaaaaaaaaaawdę barrrrrrrrrrrdzo duży dom. Nie, nie…Nasz nie jest, aż taki duży.

 

Gdyby mogła Pani prosić swojego anioła o cud. O co by Pani go poprosiła?

 

Prosić o cud..  ? Pierwsze słyszę. / śmiech/  Mam wszystko:  cudowne dzieci,  przystojnego męża, dużo bardziej utalentowanego ode mnie. Ale gdyby…. Chciałabym, żeby wszyscy byli w kupie, wtedy moje zmartwienia rozłożyłyby się indziej. I tego życzę czytelnikom „Przyjaciółki”. Żeby rodziny, podczas świat były w komplecie.

 

Dziękuję Pani profesor, za tę miłą rozmowę i mam nadzieję do zobaczenia.

(niestety nie było mi już dane zobaczyć swojej Pani profesor. Z uwagi na jej stan zdrowia- potęgująca się amnezja- mąż zabronił wizyt nawet osobom jej znanym))

 

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?