Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

CHCIAŁABYM BŁAGAĆ O CUD

Opublikowany 2017/12/01

z ALINĄ JANOWSKĄ
rozmawiała TERESA GAŁCZYŃSKA
rok 2009.
Foto; Googlez ALINĄ JANOWSKĄ rozmawiała TERESA GAŁCZYŃSKA rok 2009. Foto; GoogleWyjątkowo bliska polskiej publiczności i niezwykle sympatyczna aktorka polskiego kina, teatru, telewizji i estrady. Jej kariera zaczęła się od tańca i piosenki. Po prostu ćwicząc grande batman, w Teatrze Syrena omal nie kopnęła przechodzącego niej faceta, który potem zaproponował je rolę Przypadek sprawił, że trafiła przed kamerę do „Zakazanych piosenek”. Potem była Basia ze „Skarbu”, Irena w – „Wojnie domowej” i po dziesiątkach filmów i seriali Eleonora Gabriel w „Złotopolskich”. Prywatnie jest matką Agaty, Michała i Kasi oraz babcią czworga wnucząt.


Swoje 86 urodziny obchodziła Pani w Instytucie Teatralnym, dawnym Szpitalu Ujazdowskim. To dość oryginalny pomysł…


Ja mam same oryginale. Zawsze, w dziwny sposób ciągnęło mnie do tego miejsca. Oczywiście wiedziałam, że przyszłam na świat w wojskowym Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie i również tam urodził się mój braciszek- Witek, ale nigdy tam nie byłam. Pewnego dnia, wieczorem , w garderobie Teatrze Syrena, siedząca przy mnie Józefina Pellegrinii, która prócz pięknego głosu słynęła z talentów wróżbiarskich, ni stąd ni zowąd: „Alinko, kiedy ty się właściwie urodziłaś? „ „ 16 kwietnia 1923, w Wojskowym Szpitalu Ujazdowskim. W Warszawie”- mówię. „Co? - na cały głos wrzasnęła Józefinka- To ciebie na świat przyjmował mój ojciec! Zdumiała się wiele. Mój tata był, w tamtych latach ordynatorem oddziału położniczego. I omal obie nie spóźniłyśmy się na scenę. Po powrocie do garderoby musiałam uzupełnić szczegóły rodzinne do jej kroniki wróżbiarskiej. Mój tata porucznik Stanisław Janowski, był adiutantem generała Józefa Dowbora- Muśnickiego, przeciwnika politycznego Piłsudskiego i dlatego najpierw mnie, a potem mojego brata Witolda mama mogła urodzić w tym szpitalu. A w tym roku mogłam urządzić sobie tam urodziny.

Foto : se.plFoto : se.pl
W Waszym domu pewnie dominował wojskowy dryl?


Tatuś z wykształcenia był inżynierem- rolnikiem, pedagogiem, dyrektorem szkół rolniczych i leśnych. Z uwagi na jego liczne zajęcia ciągle przenosiliśmy się z miejsca na miejsce. Był wysokim, przystojnym mężczyzną. Wstawał o świecie i kładł się z kurami. Pamiętam, jak chodził w swoich wysokich butach, do konnej jazdy, które sam sobie zrobił. Karmił nas, jak zwierzęta, żebyśmy byli zdrowi wszystkimi z możliwych kasz, co zostało mi do dzisiaj, bo na śniadanie jem kaszę. Ale prócz perfekcji zawodowej miał również liczne talenty artystyczne,. Grał na fortepianie i na okarynie, pięknie rysował, szczególności konie. Miał niecodzienne zdolności manualne. Nauczył mnie np. pleść pierścionek ze słomy. Potrafił do złudzenia naśladować czyjeś ruchu i sposób mówienia. Doskonale parodiował swoich przyjaciół, znajomych, Podczas licznych wizyt gości w naszym domu produkowaliśmy się zresztą wszyscy: tata grał na pianinie walca z Damy Pikowej. Mama z wykształcenia śpiewaczka, kształcona w Petersburgu, potem koncertowała w Warszawie, gdzie w teatrze „Nowości” poznał ją mój tata. Pięknie śpiewała arie, ale też współczesne tanga akompaniując sobie na fortepianie. A ja tańczyłam. Odkąd pamiętam zawsze chciałam tańczyć. Jak byłam w pierwszej klasie podstawówki tata przywiózł z podróży do Krakowa patefon firmy Odeon, z taką dziwną korbką do nakręcania i była taka naklejka z foksterierem. Pamiętam, że wtedy byłam w siódmym niebie. Nie chowaliśmy się w żołnierskim drylu, ale porządek musiał być. Tak, tak w domu panowała zasadzie radość i miłość, ale raz Witek dostał lanie, bo nie chciał powiedzieć pacierze. Bardzo płakałam i prosiłam tatę, żeby zostawił go w spokoju.


Z tego wynika, ze większa czułością otaczała Panią i brata mama..?


Mama była ciepła, słodka, ale przede wszystkim dobra. Była niezwykle radosna, pamiętam , jak śpiewała trali, tra la… Ufnie była nastawiona do świata i ludzi, więc jeśli zdarzał się klaps od taty, to po pieszczoty do niej. Pisywała też różne zabawne wierszyk na różne, rodzinne uroczystości, tego się od niej nauczyłam. Bardzo ją kochałam. Nauczyła nas wrażliwości na piękno przyrody. Dlatego z wielką łatwością opuściła po ślubie z tatusiem w Kościele Zbawiciela, rzuciła swój zawód, Warszawę i wyjechała ze swoim Stasiem na wieś. Wszystkie wsie, w których zamieszkiwaliśmy bardzo kochała.


Pani urodziła się w Warszawie, ale wychowywała w Berdówce. Jak zapamiętała Pani oczami dziecka swoje pierwsze spotkanie ze stolicą?


To prawda do 3 roku życia wychowywałam się w Berdówce, gdzie mój ojciec zarządzał majątkiem prof. Moszczyńskiego. Opiekowała się mną bona Majusia, która była dobra i kochana. Miała tylko jedną wadę: uwielbiała głośno śpiewać czym niemiłośniernie raniła moje uszy i głośno rozmawiać przez telefon. Pewnego dnia siedziałam w kąpieli w wanience, a Majusia myła mi plecy. Woda była nie za zimna, nie za gorąca, gdy zadzwonił telefon. Trzeba wiedzieć, że telefon w latach 20-stych, w dodatku na wsi, w Berdówce był na wagę złota, więc Majusia cała w nerwówach podbiegła do słuchawki. Dzwonił tata, ze urodził się mój braciszek. Nie wracała przed długi czas wydając z siebie jakieś dziwne dźwięki, niby radosne. A mnie było coraz bardziej zimno, więc postanowiłam się przesunąć i wywaliłam się z całą wanienką, która mnie całą przykryła. Jak wróciła Maja nawet nie płakałam. Taką byłam dzielną dziewczynką i takie były próby mojej odporności. Ale po narodzinach Witka mama postanowiła, że na jakiś czas zamieszkam w Warszawie. Pierwszym miejscem, które odwiedziłam z Majusią w Warszawie było mieszkanie mojego dziadka- inż. budowy dróg -Juliusza Rymkiewicza. Mieściło się na drugim piętrze się przy ul. Nowowiejskiej vis a cis Politechniki. Wtedy, w jego pięknym mieszkaniu po raz pierwszy miałam okazję chodzić po czerwonym dywanie. Do dzisiaj pamiętam złote pałąki przytrzymujące dywan na schodach, które prowadziły do drugiego piętra, a na każdym piętrze były popiersia greckie wyryte w szkle. Dziadzio był kochany, cierpliwy, zabierał mnie na spacery do Parku Ujazdowskiego, gdzie skakałam na skakance. Chodziliśmy do Łazienek, gdzie razem, godzinami obserwowaliśmy i karmiliśmy pływające łabędzie. Uczył mnie nazw poszczególnych ulic, a że raczej jestem węchowcem, bardziej zapamiętywałam zapachy, niż ulice. Warszawa z tamtych czasów kojarzy mu się przede wszystkim z końmi zaprzężonymi do dorożek, z podwiązywanymi workami pod ogon, na kupy. Pamiętam też zapach samochodów i czystej benzyny. Pod mieszkanie dziadziusia dochodziła ciuchcia wilanowska, wspaniale gwiżdżąc puf, puf i to dopiero była dla mnie rozrywka? Jak tylko dawała sygnał, natychmiast podbiegłam do okna, z którego roztaczał się niezapomniany widok: Pola Mokotowskie, kolejka tory, park i lotnisko, skąd wylatywały i lądowały wojskowe samoloty.


W Pani pamięci utkwiły jakieś szczególne święta Bożego Narodzenia?


Foto: www. Fakt. plFoto: www. Fakt. plA tak. Odbywały się w Berdówce. Majusia opiekowała się już 3 letnim Witkiem, a tata postanowił nas zabrać ze sobą do lasu, po choinkę. Wsiedliśmy do sań, ale tata zaczął władał jakieś dziwne chochoły ze słomy. Ale, jak się potem okazało, w powrotnej drodze, już po wycięciu przez tatę wspaniałej choinki- to one miały odstraszać biegnące za nami wilki. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z niebezpieczeństwa do chwili, gdy nie ujrzeliśmy wilków na własne oczy. Pamiętał, jak konie popierdywały, a tata zapalał chochoły, rzucał za siebie, to je odstraszało. Wreszcie dojechaliśmy do domu pełni wrażeń i strachu, ale mogliśmy pochwalić się mamie choinką. Święta Bożego Narodzenia były zawsze obchodzone bardzo uroczyście i doniośle. Tata miał świetną książkę kucharską, ale był również znakomtym kucharzem, bo wszystko mu się udawało. Piekł dokładnie wszystko począwszy od ciasta, poprzez mięsa, aż po opłatek. Do dzisiaj czuję smak jego wypieku np. kulebiaka czy kręconych lodów. Wszystkie ozdoby choinkowe przede wszystkim robiła mamusia ręcznie, ze słomy i papierków kolorowych. Była wspaniałą rękodzielniczką, pomagaliśmy jej, ale mimo, ze potem uczyłam tego swoje dzieci, nigdy potem nie udało mi się jej dorównać. Robiła przepiękne rzeczy: łańcuchy, z szyszek jeżyki, z wydmuszek pajacyki i papierowe bombki, bo w tamtych czasach szklanych jeszcze nie było. Jeszcze po wojnie, jak weszli Rosjanie malowałam takie bombki z wydmuszek i robiłam babuszki na Kaziukach, na sprzedaż, żeby zarobić dla nas na życie.


Teraz obchodzi Pani święta już z własną rodziną, ale Pani córki mieszkają w USA, syn w Krakowie. Nie jest Pani chwilami smutno, że nie możecie wszyscy usiąść przy wigilijnym stole i podzielić się opłatkiem?


Boleję nad tym ogromnie, ale też ciągle sobie tłumaczę, a ze jestem gadatliwa nawet sobie czasami perswaduję: Dlaczego masz im za złe, ze oni wyjechali, a ciebie zostawili? Gadam tak sama z sobą? A potem tłumaczę: Przecież te dzieciaki mówią teraz biegle przynajmniej w dwóch językach. Mój wnuczek Tomek jest wybitnym, pierwszym matematykiem w klasie. Nie mogę mieć do nich żalu. Oczywiście, że jest mi smutno, ale tylko wtedy, gdy idę do „ własnej trumny” to jest moje miejsce, gdzie oglądam telewizję i tam zasypiam. Jest mi smutno… Córka z pierwszego małżeństwa- Agata, mieszka ze swoimi dziećmi: Julką i Olą pod Bostonem, a Kasia z Tomkiem i Weroniką w okolicach Nowego Jorku Tomka i Weronikę, obie żyją w Ameryce, w Polsce jest tylko mój syn Michał. Al. one przyjeżdżają do mnie na święta…Czasami…. Z reguły jednak Boże Narodzenie obchodzimy, u córki mojego brata Witka- Laury. Ale, w tym roku Laura, która ma dwóch wspaniałych, wysokich synów, przyjdą do nas. Wigilię urządzamy tradycyjnie, tak jak kiedyś było to w naszym domu, z odpowiednią ilością potraw, postnie. Po kolacji ja zaczynam dzielić się ze wszystkimi opłatkiem, a potem po kolei składamy sobie życie. I Boże ty święty Wojtek- mój mąż tradycyjnie jest Świętym Mikołajem. Najpierw musi się przebrać w garażu na dole, potem bez względu na pogodę musi przelecieć niewidocznie na drugą stronę Żoliborza, z wielkim worem na plecach, aby jak przyjdzie być zmęczonym. A jak już wejdzie stara się zmienić tembr głos. A, ze nie jest aktorem, tylko architektem nie bardzo mu to wychodzi i dzieci mają wątpliwości, co do prawdziwości tego Mikołaja, Ale, jak się okazuje, ze jest tyle prezentów raczej ich uwaga przerzuca się na rozpakowywanie i Wojtuś szybko może się przebrać. Wychodzi niby z łazienki i pyta: Był już święty Mikołaj? A potem wydzieramy się i śpiewamy kolędy, siedzimy i gadamy, aż nam szczęki opadną. / śmiech/


Nowy Rok również spędzacie rodzinnie czy każda rodzina osobno?


Nowy Rok- to, jak Bóg da. Czasami gram w teatrze, występuję na estradzie albo wyjeżdżamy z mężem na narty do Wisły, więc wtedy składamy sobie życzenia telefonicznie. Na ogół jednak staramy się witać Nowy Rok razem. W tym roku mam nadzieję również tak właśnie będzie.


Mieszka Pani w dużym, pięknie i przestronnie zaprojektowanym przez Pani męża Wojciecha Zabłockiego domu, w którym również jest kominek. Niczego Pani nie brakuje. A może ciepeła domowego ogniska?


Chyba Pani widzi na, jakich metrach kwadratowych się spotykamy….Najwięcej ciepła dostaję od swojej gosposi Jany/ Janina/, która pochodzi z Lwowa, zna całą elektronikę, więc pod tym względem jest kilka razy mądrzejsza ode mnie. Poza tym sprząta, gotuje, słowem ułatwia mi życie. Jest aż za bardzo uporządkowana i zorganizowana. Oczywiście mój syn Misiek czasami wpada, więc zdarza się, ze mnie przytuli i wtedy jest mi gorąco…./śmiech/ Naturalnie żałuję, że dzieci nie mieszkają bliżej… Ale w tym samym domu- nie sądzę. Gdybyśmy żyli razem, pewnie byśmy się pozabijali, bo zarówno ja, mąż, jak i dzieci, wszyscy- jesteśmy dużymi indywidualnościami /śmiech/ Każde z nas ma swój charakterek. Musielibyśmy mieć napraaaaaaaaaaaawdę barrrrrrrrrrrdzo duży dom. Nie, nie, nie Nasz nie jest, aż taki duży, ale jest funkcjonalny i przytulny.


Gdyby mogła Pani prosić o spełnienie jednego życzenia- prosić o cud swojego anioła. Jakie by ono było?


Właściwie mam już wszystko. Mam cudowne dzieci, przystojnego, niedużego męża, dużo bardziej utalentowanego ode mnie. Gdybym mogła prosić o cud swojego anioła…? O cud…? Pierwsze słyszę. /śmiech/ Chciałabym, żeby wszyscy byli w kupie, a żebym ja miała zmartwienia, gdzie indziej. I tego życzę czytelnikom „Przyjaciółki”.

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?